Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ya. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2022

Jarrod Shusterman, Neal Shusterman - ROXY [PRZEDPREMIEROWA]

Rzadko sięgam po książki zmagające się z trudną tematyką. Jest to spowodowane tym, że często są one potraktowanie bardzo pobłażliwie. Jeśli chodzi o Roxy to mogę Wam już teraz napisać iż jest to kawał świetnej powieści.

----------------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:


Wydawnictwo: YA!
Premiera: 18 maj 2022

------------------------------------------------------------------------------------------
Opis wydawcy:

Mrożące krew w żyłach spojrzenie na epidemię opioidów, autorstwa Neala Shustermana i Jarroda Shustermana, bestsellerowego duetu „New York Timesa”.
Nad światem zwykłych ludzi rozciąga się toksyczna kraina iluzji, w której trwa niekończąca się Impreza. Ludzie znają jej uczestników po prostu jako „narkotyki”, „opioidy”, „leki”. Ale tutaj są oni złowrogimi bogami, bawiącymi się losem śmiertelników. Dwoje z nich, Roxy i Addison, założyło się o to, które z nich szybciej doprowadzi swoją ofiarę na samo dno…
Ich celem są Isaac i Ivy Ramey. Ivy jest nadpobudliwa i ma problemy z koncentracją. Isaac desperacko stara się wyzdrowieć po kontuzji sportowej, która może przekreślić jego szanse na stypendium. Oboje sięgają po pigułki, które mają im pomóc.
To początek ich wyścigu na dno, w którym stawką są życie i śmierć… Czy któreś z nich go wygra? I czym tak naprawdę jest w tym przypadku wygrana?
------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia: 

    W tej książce jest ukazana walka z uzależnieniem i to nie tylko od leków, mimo iż to właśnie one są na pierwszym planie. Bardzo ciekawie są ukazane te wszystkie leki. Największym plusem powieści jest brak jakiegokolwiek oceniania postaci. Nieważne czy to bohaterowie z pierwszego planu czy z tła, ocenę zachowań autorzy pozostawiają czytelnikowi. Mamy tutaj praktycznie czwórkę głównych bohaterów oraz całą masę postaci trzecioplanowych i tych z tła. Tekst dotyczący tej powieści będzie bardzo krótki jednakże najważniejsze byście zapamiętali iż jest to powieść godna polecenia. Najlepiej byście zostawili sobie jeden czy dwa dni w których zajmujecie się tylko tą pozycją. I nie chodzi tu o sposób napisania powieści, a raczej, że te lekko ponad czterysta stron sprawia iż będziecie musieli ułożyć sobie wszystko w głowie. Który element powieści uważam za najciekawszy? Ten w którym autorzy pokazują jak działają poszczególne uzależniacze. Gdy wydawnictwo znowu wyda powieść z takim trudnym tematem to chętnie ponownie sprawdzę.


Profil książki w serwisie lubimy czytać:
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu


środa, 12 maja 2021

Zapowiedzi czerwiec 2021

 

Tytuł: „Wybierz mnie!”
Autor: Beth Garrod
Tłumacz: Matylda Biernacka
Data premiery: 2 czerwca 2021
Wydawnictwo: YA!

Opis wydawcy:

Pełna humoru, wakacyjnego klimatu i miłości lektura, idealna dla miłośników Do wszystkich chłopców, których kochałam i Kissing Booth.
Gorące lato, grecka wyspa, słońce na niebie – dla Meg wakacje nie mogły zapowiadać się lepiej! No, może trochę. Dziewczyna chciałaby zapomnieć o swoim pierwszym pocałunku, który był po prostu masakryczny. Dlatego wyznacza sobie misję: doświadczyć latem perfekcyjnego, filmowego, przyprawiającego o szybsze bicie serca pocałunku! 
Kiedy w jej życiu pojawia się więc trzech bardzo różnych chłopaków, wydaje się, że uda jej się osiągnąć cel. Droga do niego będzie jednak najeżona milionem kompromitujących sytuacji…

Fragment:

Znacie tę sytuację, kiedy zdajecie sobie sprawę, że ktoś siedzi tak blisko, a przerwy w rozmowie stały się tak długie, że pocałunek jest nieunikniony?
Ja nie znałam – aż do teraz.
Sean: niesamowity, zabawny, bystry, megaseksowny Sean znajdował się parę milimetrów ode mnie.
Po piętnastu latach i dwóch miesiącach naprawdę miało się to wydarzyć.
Od pierwszego pocałunku dzieliły mnie nanosekundy. Ścisnęłam kciuki pod poduszką leżącą na kanapie i usiłowałam nie panikować.
Przez moją głowę przewijały się wszystkie porady, jakie kiedykolwiek obejrzałam, przeczytałam albo podłapałam z filmów klasy B.
B ł a g a m, niech wszystko pójdzie, jak trzeba.
B ł a g a m, obym nie okazała się beznadziejna w te klocki.
A właściwie to b ł a g a m, obym była w te klocki choć średnio normalna.
A właściwie to cofam.
B ł a g a m, obym tylko nie zemdlała ze stresu.
Uchyliłam lewą powiekę. Uff. Sean wciąż miał zamknięte oczy, więc nie mógł zobaczyć, jak podglądam go w totalnej panice spod przymrużonych powiek. Znajdował się tak blisko, że niemal widziałam piksele, a mimo to był jak zwykle onieśmielająco boski. Jakim cudem wyglądał tak spokojnie?! Pewnie dlatego, że robił to już setki razy. Dla niego to pewnie nic wielkiego – ale dla mnie to było COŚ.
Wciągnęłam jego zapach. Pachniał męską szatnią po wuefie (ale w dobrym sensie), żelkami o smaku coli, balsamem do ust i ciepłem. Ja? Cóż, Anita zorganizowała mi właśnie kryzysowe przygotowanie do pierwszego pocałunku i zmusiła do rozgryzienia i wyplucia dwudziestu miętowych gum do żucia, więc obstawiałam, że roztaczam woń gabinetu dentystycznego.
A Sean zbliżał się coraz bardziej. Lada moment mieliśmy wejść w pełny kontakt usta-usta. Ech.
3… 2… 1… Usta-rt.
Serce wrzuciło wyższy bieg, a cała reszta mnie weszła w tryb totalnej paniki.
Byłam jedyną znaną mi osobą, która jeszcze nigdy z nikim się nie całowała – a już wkrótce ta osoba miała odejść w niepamięć. Całe moje dotychczasowe życie miało stać się p r z e d, a za parę sekund miało rozpocząć się p o.
Głowę wygięłam pod takim kątem, na jaki decydowałam się tylko podczas rozciągania z Anitą przy internetowym treningu. Czy tak to ma wyglądać? Czy powinnam się bardziej pochylić, czy zostać tu, gdzie jestem? Trudno manewrować na kanapie, która wydaje takie odgłosy… ale gdybym się w ogóle nie poruszała, mięśnie mojego brzucha mogłyby zacząć wykonywać salta, jakie wykonują na zakończenie rozgrzewki na basenie.
Skomplikowana sprawa.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tytuł: Mała zielarnia w Paryżu
Autor: Donatella Rizzati
Tłumacz: Joanna Kluza
Data premiery: 2 czerwca 2021
Wydawnictwo: W.A.B.


Opis wydawcy:

Mała zielarnia w Paryżu to opowieść o poszukiwaniu własnego ja, o miłości i utraconych pragnieniach, a także o rodzinnych relacjach i więzi między dwoma kobietami, które połączyły podobne doświadczenia. To historia o sile kobiet, które potrafią przetrwać nawet największą tragedię i wyjść z niej obronną ręką. Opowieść wyjątkowa i ciepła jak filiżanka ziołowej herbaty wypita o wschodzie słońca.
Po śmierci męża świat Violi rozpada się na tysiące kawałków. W jednej krótkiej chwili jej życie traci sens. Bohaterka wpada w czarną otchłań depresji, a jej myśli ponownie nawiedzają obrazy z przeszłości. Światełkiem w tunelu okazuje się powrót do Paryża, gdzie spędziła kilka lat, studiując naturopatię. Kiedy przed laty podczas spaceru paryskimi uliczkami natrafiła na starą zielarnię, nie miała pojęcia, jak bardzo to miejsce i jej właścicielka Gisèle odmienią jej życie... i to dwukrotnie. Tym razem Viola stawia wszystko na jedną kartę. Postanawia wyruszyć w podróż do wnętrza swojej duszy i zacząć wszystko od nowa.
Narracja, wzbogacona prawdziwymi recepturami ziołowych herbat, mieszanek leczniczych i olejków eterycznych oraz kartami irydologicznymi, sprawia, że jest to powieść z elementami poradnika.

Fragment:

Natomiast z Michelem to była zupełnie inna historia.
Niespodziewanie powracam myślami do tamtej podróży samochodem, kiedy wybraliśmy się na jarmark dobroczynny do maleńkiej mieściny w Umbrii. Znaliśmy się wtedy od niedawna, ja właśnie zaczęłam staż, zaś Michel, jeszcze tylko jako mój opiekun, zaproponował, bym mu towarzyszyła, zapewniając, że będzie to arcyciekawa impreza, której za nic w świecie nie można przegapić. Chociaż nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, na widok jego entuzjazmu zgodziłam się. Wyruszyliśmy dosyć wcześnie, aby zdążyć na otwarcie;
Michel nie chciał stracić ani chwili z tego dnia. Siedząc za kierownicą starego renault clio w najwyższym skupieniu nad wątpliwą mapką, którą sam narysował, pokonał pustą drogę wijącą się wśród pól i nie odezwał się ani słowem. Było zimno, strugi ulewnego deszczu ograniczały widoczność do jednego metra, a on posuwał się naprzód bez wahania, co budziło moje ogromne zdziwienie, jako że sama straciłam orientację już kilka godzin wcześniej. W końcu wjechał zdecydowanie w dróżkę, która pięła się na wzgórze i zgodnie z informacjami powinna nas doprowadzić prosto do bram miasteczka.
– Ach, nareszcie! – zawołał bardzo zadowolony w połowie zbocza, po czym zaciągnął hamulec ręczny i zgasił silnik.
Omiotłam zakłopotanym spojrzeniem pustkowie, pośrodku którego się zatrzymaliśmy.
– Chcesz powiedzieć, że dotarliśmy na miejsce? – Nie, chcę powiedzieć, że nareszcie się zgubiliśmy. Nie ma co, jak tak dalej pójdzie, zabraknie nam benzyny.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, Michel popatrzył na mnie jednak ze skruszoną miną, tak bezspornie udawaną i tak komiczną, że wybuchłam śmiechem, a on mi
zawtórował.
– I powiem ci coś jeszcze – dodał, łapiąc oddech pomiędzy parsknięciami – nie mam zielonego pojęcia, co to jest ten słynny jarmark dobroczynny ani tym bardziej, gdzie jest to przeklęte miasteczko. – I nagle spoważniał. – Po prostu chciałem spędzić z tobą trochę czasu poza gabinetem, a kiedy zobaczyłem ulotkę jarmarku, uznałem, że to idealna okazja… Obraziłaś się?
Śmiech zamarł mi na ustach, ale nie obraziłam się ani trochę. Nie przyznałam się wówczas, że jego zaproszenie sprawiło mi dużą przyjemność. Pogładziłam go tylko po policzku i zatrzymałam na moment dłoń na jego skórze, aż chwycił moje palce i je ucałował.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Autor: Kel Kade
Tytuł: Powiernik Mieczy – cykl Kroniki Mroku t.1
Premiera: 11 czerwiec 2021
Wydawnictwo: Fabryka Słów


Opis wydawcy:

Waleczny jak Conan. Honorowy jak Aragorn.

Logiczny jak Sheldon.


Rezkin został wychowany i wyszkolony w odosobnieniu
w północnych ostępach królestwa Ashai. Całym jego światem była Forteca, a jedyną rodziną –
Mistrzowie i Adwersarze. Ale Mistrzowie i Adwersarze nie żyją. Trupy wszystkich zostały dziedzińcu Fortecy. Prawie wszystkich, bo jeden człowiek uniknął rzezi. I to właśnie jego tropem Rezkin wyruszy w świat zewnętrzny. Być może ten człowiek wie, jakiej prawdy nie zdążył przekazać umierający Mistrz.
Być może gdzieś tam są ci przyjaciele, których Rezkin ma szanować i chronić. Być może gdzieś tam odnajdzie ostateczny cel swojego istnienia. Najpierw jednak musi odnaleźć się w świecie pełnym małych i dużych ludzi, którzy nie posiadają Umiejętności, nie przestrzegają Zasad a na dodatek ciągle się uśmiechają i rumienią. Słowem: to nie jest świat dla poważnego herosa.

O autorce:

Kel Kade mieszka w Teksasie i od czasu do czasu pracuje jako wykładowczyni kontraktowa, by inspirować młode umysły i wprowadzać je w fascynujący oraz niezwykle rzeczywisty świat nauk o Ziemi. Dzięki entuzjastycznej reakcji, z jaką czytelnicy przyjęli cykl „Kroniki Mroku”, Kade może teraz na pełen etat tworzyć wszechświaty rozciągające się w czasie i przestrzeni, konstruować przestępcze imperia, snuć spiski prowadzące do obalenia okrutnych tyranów i zanurzać się w fantastyczne tajemnice.
Dorastając, wiodła wojskowe życie, wciąż podróżowała i mieszkała w nowych miejscach. Doświadczenia z innymi kulturami i lokalizacjami zaszczepiły w niej żądzę wędrówki i otworzyły jej młody umysł na świadomość, że Ziemia jest ogromna i dzika. W pisarstwie Kade widać jej rozległe zainteresowania nauką, historią starożytną, antropologią kulturową, sztuką, muzyką, językami obcymi i duchowością, uwidocznione w różnorodności przedstawionych miejsc i kultur.

środa, 17 marca 2021

Zapowiedzi kwiecień 2021





Autor: Magdalena Kubasiewicz

Wydawca: Uroboros

Data premiery: 14.04. 2021 r.





Opis wydawcy:

Magdalena Kubasiewicz zaprasza do Sieldige, gdzie przysługa bywa cenniejsza od złota, ulicami krążą upiory, a pocałunek syreny zamiast miłości niesie śmierć. Rasowa fantastyka dla wielbicieli przygody, legend i spisków, których stawka jest cos ważniejszego niż życie — władza. 

Marta Kisiel

Baśń o syrenach, magii i poświęceniu.
Kiedyś syreny chodziły pomiędzy śmiertelnikami. Pamiątką tych czasów jest przepis na truciznę, na którą nie ma lekarstwa.
Książę zostaje otruty Pocałunkiem Syreny i zapada w śpiączkę.
Arystokrata Leto i jego przyjaciółka, alchemiczka Aletha, łączą siły, by ocalić władcę. Niepewni, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem, próbują znaleźć antidotum i przywrócić porządek w Księstwie. Czy Aletha zdoła uratować Księcia? Dokąd zaprowadzą Leto poszukiwania zamachowców? Jaka cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Fragment:

Leto wszedł do Dzielnicy Luster tuż przed świtem, gdy niebo dopiero szarzało, a słońce nie wyłoniło się jeszcze na dobre ze słonych wód Siedmiu Pieśni. Padał deszcz, choć nad innymi częściami miasta nie wisiały chmury. Pogoda w dzielnicy często szalała, jakby ta należała do innej rzeczywistości. Wiosną zdarzył się nawet deszcz żab, który potrwał wprawdzie ledwo kilka chwil, ale długo był jednym z ulubionych tematów rozmów obywateli Sieldige. Na uliczkach dopiero pojawiali się pierwsi przechodnie, głównie okoliczni mieszkańcy. Plac, który służył za targowisko, świecił pustkami – większość sklepów pozostawała zamknięta, a przenośnych stoisk jeszcze nie rozłożono. Klienci z innych części miasta przychodzili dopiero, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Mało kto z zewnątrz ryzykował wchodzenie do Dzielnicy Luster przed świtem. Sklep, do którego Leto skierował swoje kroki, również był zamknięty na głucho. Zarówno okiennice, jak i drzwi wejściowe pozostawały zatrzaśnięte. Budynek, w którym się mieścił, sąsiadował ze znacznie bardziej okazałą kamienicą, z drugiej zaś strony z wąską alejką. Leto wszedł w uliczkę – gdyby ktoś nadchodził z przeciwka, nie zdołaliby się minąć, tak było wąsko – i okrążył budynek. Przez chwilę oklepywał lustrzaną ścianę, nim wreszcie namacał niewidzialną klamkę. Nacisnął ją i drzwi, których jeszcze przed chwilą wydawało się, że tam nie ma, stanęły otworem. W jego nozdrza natychmiast uderzył mocny zapach ziół. Znalazł się na zapleczu Siedmiu Kropli, sklepu z miksturami i ziołami.
– Spóźniłeś się!
Krzyk dobiegł z głębi budynku i pobrzmiewała w nim irytacja. Leto westchnął i czym prędzej przeszedł do głównej izby. Jedynym źródłem światła był niebieski kamyk leżący na ladzie, który roztaczał blady, błękitnawy blask. Na półkach ciągnących się wzdłuż ścian ustawiono liczne pudełeczka, woreczki, fiolki oraz koszyczki splecione z trawy. Z belki pod sufitem zwisały suszące się zioła – ich woń zawsze przyprawiała Leto o ból głowy – a przy wejściu i oknach umieszczono kilka ochronnych amuletów. Właścicielka tego wszystkiego stała na stołku i układała pojemniczki na półkach z kosmetykami.
– Musiałem zgubić ogon – odparł przepraszająco.
– Świetnie.
Aletha trochę zbyt gwałtownym gestem upchnęła całe pudełko na półce i zeskoczyła ze stołka, ostrożnie, by nie potknąć się o rąbek prostej, szarej spódnicy. Zdenerwowana, ocenił Leto, tracąc nadzieję na miłą konwersację przy herbacie. Coś musiało wyprowadzić ją z równowagi – i raczej nie było to jego spóźnienie ani nawet to, że był śledzony. Wiedziała przecież, że punktualność nie należy do zalet Leto, a nie pierwszy raz po drodze do Dzielnicy Luster gubił niechciane towarzystwo.
– Mam twoje zamówienie – poinformowała sucho, podchodząc do lady. Gdy stanęła przy magicznym kamyku, oświetlona jego blaskiem wyglądała jak upiór: i opalona skóra, i piaskowe włosy nabrały błękitnawego odcienia, a kolor niebieskich oczu zdawał się bardziej intensywny.
– Powinnaś stosować zwykłe świece. Odstraszysz klientów – rzucił i obdarzył ją uśmiechem. W odpowiedzi doczekał się spojrzenia pełnego złości.
– Powinieneś prosić o takie rzeczy waszego alchemika – odpowiedziała wykładając na ladę niewielką skrzynkę. – Zapas eliksiru nasennego, trzy fiolki mikstury odganiającej senność, eliksir prawdy, pięć porcji. Pamiętaj, że możesz nim łatwo otruć przesłuchiwanego.
– Nasz alchemik nie umie przygotować skutecznego eliksiru prawdy, poza tym i Garreth, i Erika natychmiast dowiedzieliby się, co zamówiłem – stwierdził Leto. Położył dłoń na wieku skrzynki i pochylił się, spoglądając Aletcie z bliska w twarz. – Co się dzieje, Let? Jesteś wściekła.
– Wcale nie – zaprotestowała odruchowo, po czym z jej ust wyrwało się westchnienie. Najwyraźniej uświadomiła sobie, że takie wykręty nie mają sensu: za dobrze ją znał. – Nie wiem. Coś wisi w powietrzu. Nie powinieneś tu dziś przychodzić. A ten eliksir w dwóch przypadkach na dziesięć naprawdę doprowadza do śmierci.
– Wiem. Już mi to mówiłaś – przypomniał łagodnie.
Wiedział też, że jeśli istnieje pewny i bezpieczny w użyciu eliksir prawdy, to w księstwie nie ma alchemika, który umiałby taki przygotować. A i przepis na tę miksturę znała tylko Aletha, a jedyną osobą tego świadomą był on. Zastanawiał się, czy to myśl, że być może kogoś otruje, tak ją drażniła, jednak szybko doszedł do wniosku, że nie o to chodzi. Zdarzało się jej już przygotowywać trucizny, nawet jeżeli robiła to rzadko i niechętnie.
– Jest taka piosenka – westchnęła Aletha, przymykając oczy i pocierając skronie. – O deszczu nad Dzielnicą Luster.
Nad Dzielnicą Luster pada, niebo płacze, płacz ty też, patrzy na nas Em-Da-Nan, Władca Siedmiu Wież… Tu prawie nigdy nie ma deszczu, nawet jeżeli leje nad całym krajem. Wszyscy traktują to jako zły znak. Stanie się coś niedobrego. Niemal każdy mieszkaniec Dzielnicy Luster był zabobonny. Pozostawało to wpisane w ich naturę i często ustrzegało przed niebezpieczeństwem w miejscu, w którym magia odcisnęła swoje piętno tak głęboko, że nawet po setkach lat na tutejszych uliczkach działy się dziwne rzeczy. Nie pomagało i to, że do Dzielnicy ściągali wszyscy ci, którzy nie pasowali nigdzie indziej.
– Za bardzo się przejmujesz, mała.
– A ty za mało. – Aletha cofnęła się, skrzyżowała ręce na piersiach. Na jej śniadej twarzy irytacja walczyła z niepokojem.
– Nie upuść tego. Przygotowywanie eliksiru prawdy zajmuje dwa miesiące, a delirie już przekwitły. Nie dostaniesz kolejnej porcji do przyszłego roku.
– Wciąż mi to wypominasz? – spytał Leto, ostrożnie wsuwając skrzyneczkę do torby. – Tylko raz potłukłem twoje eliksiry. Miałem wtedy osiemnaście lat i omal nie rozjechał mnie wóz.
– Nieważne. Idź już.
– Może pozwolisz mi chociaż zapłacić? – zasugerował, chociaż poczuł się dotknięty tak bezceremonialnym pożegnaniem. Ostatni raz widzieli się na początku lata i nie spodziewał się, że zostanie tak oschle potraktowany. Ani tak prędko odprawiony. Wyciągnął z kieszeni sakiewkę i położył ją na ladzie. – Śmiech Płomienia…
– Będzie gotowy za siedemnaście dni. Tak samo jak dwie pozostałe – ucięła Aletha. – Przyjdź ostatniego dnia Słonecznej. Leto, idź wreszcie. Zrobiło się jasno. Nawet w deszczu niektórzy już wychodzą na ulice.
Zdusił rozczarowanie. Miała rację. Powinien był przyjść wcześniej. Chociaż istniała na to nikła szansa, mógł teraz zostać przez kogoś zauważony i rozpoznany. Ktoś mógłby
się zastanawiać, dlaczego Leto Drakin odwiedza zakład alchemiczki oferującej dobre, ale przecież nie nadzwyczajne eliksiry, gdy może korzystać z usług znacznie bardziej znanych mistrzów. Aletha nie chciała zbytnio zwracać uwagi. Nie przechwalała się ani magią, którą władała, ani znajomością co rzadszych receptur. A już na pewno nie znajomością z nim.
– Do zobaczenia – powiedział więc tylko i przeszedł na ciemne zaplecze, zostawiając Alethę samą. Zdążył już otworzyć niewidzialne drzwi, kiedy usłyszał za sobą jej okrzyk.
– Leto! – Wypadła za nim i zatrzymała się przy wejściu na zaplecze. Zamilkła na moment, jakby niepewna, co chce powiedzieć. – Uważaj na siebie.
Wiedział, że Aletha naprawdę się niepokoi, ale nie mógł się powstrzymać i wybuchł śmiechem. Z jednej strony był rozbawiony, z drugiej ucieszony tą troską.
– Nie musisz się o mnie martwić – zapewnił, wychodząc.
Gdy był w zakładzie, rozpadało się na dobre: Dzielnica Luster tonęła w strugach deszczu. Woda płynęła po brukowanych uliczkach i ściekała z dachów. Ulewa ograniczała widoczność do ledwo kilku metrów. Leto naciągnął na głowę kaptur. Aletha jednak niepotrzebnie się przejmowała: w taką pogodę nawet jeżeli ktoś zdecydował się wychynąć z domu, pokonywał drogę szybko, przygarbiony, marząc o znalezieniu się w suchym schronieniu.
Lustrzane ściany domów lśniły w deszczu, odbijały się w sobie nawzajem, odbicia w odbiciach, i setki kopii Leto szły w strugach lejącej się z nieba wody. Wszystkie budynki wzniesione w Dzielnicy Luster szybko się zmieniały i powierzchnia ich ścian od zewnątrz nabierała właściwości zwierciadeł. Kolejna pozostałość magii Em-Da-Nana. Kiedyś stała tu jedna z jego Siedmiu Wież wzniesionych dzięki potężnej magii i przelanej krwi. Nie było pośród nich dwóch identycznych i ta, którą wybudował tutaj, była pełna luster. Od śmierci maga upłynęło dobre pięćset lat: dziś ludzie znali położenie tylko pięciu jego Wież i wiedzieli, że cztery z nich runęły w tym samym momencie, w którym ich twórca wyzionął ducha. Magia jednak nie znikła, przynajmniej nie całkowicie, o czym przekonali się ci, którzy uprzątnęli gruzy i zamieszkali w miejscu, w którym niegdyś wznosiła się Wieża Luster, centrum eksperymentów Em-Da-Nana. Czas i przestrzeń w Dzielnicy Luster często płatały figle. Zaklęcia działały mocniej, inaczej albo wcale. Pogoda zdawała się niezależna od warunków panujących w okolicy. W odbiciach widywało się tu dziwne rzeczy. Czasami w ciągu jednej nocy wyrastały drzewa, a między szparami w bruku rozkwitały rośliny niespotykane w innych częściach świata. Bywało, że działy się tu cuda. Jednak zdarzało się też, że Dzielnica Luster domagała się za te cudowności zapłaty i ktoś znikał bez śladu, a dziwne stwory pojawiały się na ulicach albo próbowały dostać do domów. Ci, którzy żyli w innych częściach Sieldige, rzadko odwiedzali tę okolicę. Przychodzili tu w konkretnym celu: aby coś kupić, skorzystać z usług miejscowych uzdrowicieli czy rzemieślników. Ewentualnie gnani ciekawością, brawurą i głupotą, a na takich czyhało sporo niebezpieczeństw. Leto nie był miejscowy. W dzieciństwie spędził tu dużo czasu, więc czuł się swobodnie. Lubił złudną, nieokiełznaną magię i tysiące odbić Dzielnicy Luster. A zawarte tu znajomości i umiejętność poruszania się po labiryncie wąskich uliczek pełnych zwierciadeł dawały mu zaskakującą przewagę w politycznych gierkach. Dzielnicę Luster otaczał mur, ale dwie bramy wiodące do innych części miasta zawsze były otwarte i nie wystawiono przy nich straży. Mieszkańcy nie byli więźniami tej okolicy, a jeżeli ktoś pragnął podjąć ryzyko zwiedzenia Dzielnicy Luster, mógł to uczynić – ot, na własną odpowiedzialność.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------








Autor: Beth Garrod

Wydawca: YA!

Data premiery: 14.04. 2021 r












Opis wydawcy:

Cała prawda o nastolatkach, czyli jak żyć w świecie, którego nie do końca się rozumie? Zwariowana historia o tym, co robić, gdy tracisz kontrolę nad wszystkim!
Ja, Bella Fisher, jestem tak opanowana, spokojna i pozbierana jak zawsze.
Czyli: ANI TROCHĘ.
Powody?
Jesteśmy tylko przyjaciółmi z Fantastycznym Adamem.
Moja BFF Tegan zachowuje się megadziwacznie.
W soboty pracuję przebrana za ogromnego psa.
I największy koszmar: nowa dziewczyna mojego piekielnego eks jest PRAWDZIWĄ MODELKĄ.
Jakby tego było mało, mama otworzyła lodziarnię dla psów – Psierożki. A cała szkoła obserwuje każdy mój ruch w nadziei, że załatwię nam koncert najlepszego zespołu świata.
Co mogłoby pójść źle?
A tak, racja. Absolutnie wszystko.


Fragment:

− SPADAJ, DZIWAKU!!!
Te dwa słowa, wykrzyczane tak głośno, że kropla śliny wylądowała na moim nosie, nie były dokładnie takim powitaniem, na jakie liczyłam ze strony mojego przyszłego-potencjalnego-chłopaka-z-krainy-marzeń. Zwłaszcza nie wywrzeszczane z taką paniką, że całe boisko stanęło jak wryte.
Ostatni raz widziałam ten stopień szoku, kiedy mama otworzyła listonoszowi drzwi, zapominając, że zrobiła sobie dzień bez spodni (nie powinien być a ż t a k zaskoczony – zdarzyło się to po raz czwarty. W ciągu miesiąca). No jasne, kiedy podbijasz sobie piłkę, a ktoś podbiega za twoimi plecami i szepcze ci do ucha ze śmiechem: „Nooo, kopę lat!”, musisz być TROCHĘ zaskoczony. (Nie mam pojęcia, czemu powiedziałam to głosem kowboja). Łaskotanie oburącz po żebrach – żebrotanie – również nie należało do uspokajających doznań. Ale szok łaskotanego nie mógł się nawet równać z moim, bo inny piłkarz wpatrywał się we mnie z jeszcze większym zdumieniem niż ten, który właśnie przede mną uciekał. Tym piłkarzem – zamarłym w miejscu z szeroko rozdziawionymi ustami – był Adam Douglas. Fantastyczny Adam. Czyli Fadam. Adam, chłopak, który zajmował wszystkie moje myśli od dobrych trzynastu i pół miesiąca. Adam, chłopak, na którego temat tak namiętnie wyszukiwałam pewnego wieczoru informacje, że musiałam odłączyć internet w całym domu, na wypadek gdyby uruchomił się jakiś alarm bezpieczeństwa.  Adam, chłopak, na którego tak bardzo starałam się niby przypadkiem wpaść, że w ostatnią środę wieczorem przeszłam swoje dziesięć tysięcy kroków, krążąc wokół boiska (mój biedny pies Warkot musiał na swoich krótkich nóżkach zrobić chyba ze czterdzieści tysięcy). Adam, chłopak, który w moich najśmielszych wy-obrażeniach (a wyobraziłam sobie raz, że szkoła to tylko spisek dorosłych, mający na celu pozbycie się nas, podczas gdy sami jadą do parku rozrywki) miał pewnego dnia zapragnąć, żebym została jego dziewczyną. Ale nie. Zamiast przywitać się z tym najdoskonalszym okazem gatunku męskiego, ja, Bella Fisher – na oczach całej jego drużyny futbolowej (i równie zaskoczonych osób postronnych) – właśnie weszłam w kontakt usta–ucho z jego kolegą (dwanaście i sześć dziesiątych centymetra od niechcianego, jednostronnego pocałunku). Czy dało się jakkolwiek z tego wybrnąć? Rozejrzałam się po gapiącym się na mnie boisku. I gapiach na nim. Nie. Zrobiłam więc najlepsze, co w tej sytuacji mogłam zrobić (a ponieważ przychodziła mi do głowy tylko jedna myśl, było to równocześnie najgorsze, co mogłam zrobić).
− NIE PRZEJMUJCIE SIĘ MNĄ! – Machnęłam obiema rękami, jakbym polerowała olbrzymie okno.
Nie pokazuj po sobie paniki, wynikającej z faktu, że Adam nie mógłby wyglądać na mniej zachwyconego. A może bardziej niezachwyconego? EJ, BELLA, PRZESTAŃ ROZKMINIAĆ ZAWIŁOŚCI JĘZYKOWE I ZACZNIJ MINIMALIZOWAĆ STRATY.
− Przepraszam! Sądziłam, że on… − Wskazałam prawdziwego Adama (który wciąż się nie uśmiechał) − …był nim. – Wskazałam nie-Adama. Nadama (który nie uśmiechał się jeszcze bardziej). – Bo w strojach od tyłu wyglądacie wszyscy tak samo! – nadal krzyczałam. – Choć teraz, kiedy się na mnie patrzycie, widzę, że jesteście bardzo różni i naprawdę szanuję waszą indywidualność.
Wciąż nikt się nie poruszył oprócz Nadama, który pędził teraz tyłem. Niezbyt doskonały znak.
− Tak więc nigdy już nie zapomnę okularów. – Odwróciłam się i pognałam czym prędzej w bezpieczne rejony ławki. Ławki, na której siedzieli już moi przyjaciele. Przyjaciele, którzy wiedzieli, że nie noszę okularów. Niesamowite, jakie rozmiary może przybrać w tak krótkim czasie obciach (w przybliżeniu jakieś trzydzieści o/s – obciachów na sekundę). Opadłam na miejsce między Tegan i Rachel, a moje oczy, chroniąc poczucie godności, udawały, że nie do-strzegły z ukosa, jak Mikey z trudem hamuje śmiech. Ukryłam twarz w dłoniach.
− Wyluzuj, Bells, to mogło się przydarzyć każdemu. – Tegan zawsze widziała jasną stronę sytuacji.
− A statystycznie: przydarzyło się?
Rachel w zamyśleniu przyłożyła pasmo włosów do górnej wargi niczym wąsy. (To, że robiła podobne rzeczy w miejscu publicznym, a i tak była najpopularniejszą dziewczyną w okolicy, mówiło wiele o jej niewiarygodnej urodzie – z wąsami czy bez). Mruczała – co oznaczało, że myśli. Przypominała samochód. Słychać było, kiedy pracuje.
− W zeszłe Boże Narodzenie odbyłam dwudziestominutową rozmowę z dziadkiem, dopóki nie poprosił do telefonu ciotki Sharon, a ja nie powiedziałam, że takiej nie mam. A wtedy zdałam sobie sprawę, że nie był moim dziadkiem, tylko jakimś dziadkiem, który wybrał zły numer.
Mikey parsknął śmiechem i zaraz ucichł, bo przypomniał sobie, że w ramach solidarności nie powinno
go w tej chwili nic śmieszyć. Nie było to dok ł ad nie to samo (bo zakładałam/miałam nadzieję, że Rach nie marzyła miesiącami o jakimś przypadkowym dziadku), ale doceniałam jej wysiłek, więc rozsunęłam palce na tyle, żeby posłać jej spojrzenie pełne wdzięczności. Zamiast tego doznałam jednak kolejnego poważnego skurczu żołądka (PSŻ), bo dostrzegłam przebiegającego obok Adama. Korzystającego ze swoich mięśni jak gdyby nigdy nic (podczas gdy ja nie mogłam w jego obecności nawet mrugnąć). Tegan ścisnęła moje kolano.
− Bells, powaga. Nikt nie będzie o tym pamiętał. Wszyscy skoncentrowali się na meczu, który się zaraz rozpocznie. – Zamilkła. – Prawda, Mikey?
Mikey przyjaźnił się z nami od lat i był po uszy za-durzony w Tegan, ale nawet niezachwiane poczucie lojalności względem jego dziewczyny nie mogło nagle zrobić z niego przekonującego kłamcy.
− Mm, no jasne?
Pytajnik w jego głosie był niemal równie głośny jak krzyki na boisku.
A może Teeg miała rację? Zwykle tak było. Moja niewydolność mogła być całkiem nieistotna dla ludzi, którzy mieli swoje życie. A przed Adamem wytłumaczę się później.
DOBRZE, BELLO. Tak trzymaj.






piątek, 15 stycznia 2021

Zapowiedzi luty 2021

Cześć, chciałbym pokazać wam zapowiedzi książek które pojawią się w lutym 2021 roku. Ja w tej chwili czytam "Wezwij Sokoła", ale przez duży kac książkowy który dopadł mnie po ukończeniu Szeptu powoli to idzie. Nie martwcie się jednak chciałbym jeszcze w styczniu przekazać wam swoją opinię na jej temat. Tak na szybko mogę napisać wam iż książka jest bardzo dobra, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Szept ale podoba mi się.

No dobra, ale wróćmy do tematu posta.


Tytuł: Twoja Światłość
Autor: Annalie Grainger
Wydawnictwo: YA!
Premiera: 10-luty-2021














Opis marketingowy:

Wciągający thriller dla wszystkich, których pociągają mroczne tajemnice sekt!
Szesnastoletnia Lily jest zrozpaczona zaginięciem swojej siostry przed czterema miesiącami. Gdy pewnego dnia spostrzega leżącą na ulicy ranną dziewczynę, jej serce na moment przystaje, bo ma nadzieję, że to Mella. Spotyka ją rozczarowanie, jednak udziela nieznajomej pomocy i zabiera ją do domu. Okazuje się, że dziewczyna jest częścią tajemniczego stowarzyszenia… Czy naprowadzi ono Lily na trop siostry?

Fragment:

Tylko w Jasności znajdziemy Światłość dla wszystkich, na całą wieczność.

KSIĘGA

Pośrodku polanki buzował płomień Słońca, ogniste opuszki szarpały nocne niebo. Dookoła tańczyło szesnaście członkiń Siostrzeństwa. Ich barwne suknie – czerwony szyfon, fioletowy aksamit, zielona tafta – furkotały szerokimi kołami, aż cały las stał się wirującym płomieniem. Na ten widok Promienna poczuła wzruszenie, jej serce zatrzepotało jak skrzydełka owada zamkniętego w słoju. Siostry uniosły głowy do Światłości i przemówiły:
– Tańczę z ogniem w sercu, w duszy, w żyłach. Tańczę, aż zbudzi się dla mnie. Tańczę w Jasności. W Światłość. W Światłość.
Promienna zapatrzyła się głęboko w ogień. Uwielbiała jego ruchliwość – był niczym płyn, wzbierał falami kształtów i kolorów. Uwielbiała zatracać się w potędze Światłości, kiedy płomień stawał się częścią niej: jego puls był jej pulsem, jego oddech – jej oddechem. Siła i piękno – dwie strony medalu.
Powietrze, ciężkie tej nocy od nadciągającej burzy, kładło się nad ziemią niczym obfity płaszcz i dusiło lato. Gdzieś w pobliżu zahukała sowa i Promienna poderwała się z miejsca. Krzyk brzmiał niemal ludzko, boleśnie. Nagle polanę przeciął głos Najwyższej Kapłanki. Odrzuciła kaptur, odkrywając płomiennorude włosy ozdobione białymi kwiatami połyskującymi w świetle ognia. Jej oczy były niebieskie niczym najgłębsza toń oceanu. Na jej policzku widniał symbol Światłości: żółte słońce.
– Jasność! – zawołała. – Jasność nadchodzi, by nas wszystkie wybawić.
Promienną przeszył dreszcz podniecenia.
– Dar Światłości ukaże nam drogę – ciągnęła Najwyższa Kapłanka.
Siostry Promiennej, z twarzami zakrytymi przez opończe, zaczęły kroczyć w stronę ognia, a w niej samej zapłonęła Światłość, czerwona i jasna jak płomień.

JEDEN

Lil odchyliła się na oparcie krzesła i przeczytała tekst, który wprowadziła przed chwilą w okienku z aktualizacją statusu na profilu Szukamy Melli: „Mello, kochamy Cię. Tęsknimy za Tobą. Będziemy czekać, dopóki nie będziesz gotowa na powrót”. Wiadomość nie zmieniła się od czasu, kiedy Mella zaginęła. Sto trzydzieści cztery dni temu. Lil dodała ten sam podpis co zawsze: „Całusy, Mama i Mysza”. Mella jako jedyna nadal posługiwała się jej dziecięcym przezwiskiem. Brzmiało ono dość ironicznie, bo Lil miała teraz ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.
Zerknęła na dalszą część strony. Pod fotką, którą wrzuciła poprzedniego wieczoru, było kilka nowych lajków. Zdjęcie przedstawiało ją i Mellę na plaży w zeszłe wakacje. Cała Mella. Jednym ramieniem obejmowała Lil, drugie z uśmiechem wyciągała daleko przed siebie. Na czubku jej piegowatego nosa balansowały zabawne, dziecinne, błyszczące od brokatu okulary przeciwsłoneczne w kształcie gwiazdek. Wygrała je tamtego dnia w salonie gier. Nie chciała ich zdjąć i Lil musiała przyznać, że jasna zieleń świetnie harmonizowała z bladoróżową karnacją siostry, która po całych wakacjach spędzonych na słońcu ściemniała prawie do brązu. W przeciwieństwie do niej Lil była błękitnobiała, blada jak lód, a cień wyciągniętej ręki nadawał jej skórze jeszcze bardziej siny odcień. Uśmiechała się – nie od ucha do ucha jak Mella, ale na wpół uniesionymi kącikami ust. Półuśmiechem. Trzeba przyznać, że w porównaniu z Mellą wszystko, co robiła Lil, wydawało się połowiczne. Nie żeby było w tym coś złego. Po prostu Mella wykonywała wszystko z prędkością światła, na tysiąc procent. Była najjaśniejszą gwiazdą na nieboskłonie – inne bladły w jej cieniu. Jednak światło gwiazd to tylko dawne wspomnienie tego, co przeminęło. Same gwiazdy umarły wiele lat temu. Ta myśl zabolała Lil, która szybko zamknęła zdjęcie. Nie chciała myśleć o śmierci w kontekście swojej siostry.
Lil zalogowała się na skrzynkę pocztową. Nie była zbytnio zapełniona. Początkowo – kiedy sprawa pojawiła się w miejscowych wiadomościach i radiostacjach – dostawały za pośrednictwem strony masę wiadomości, ale teraz ich liczba zbliżała się do zera. „Żadnych nowych poszlak”, twierdziła policja. Od ponad czterech i pół miesiąca nikt nie widział Melli. Lil wiedziała, co myśli o tym policja, ale nie chciała… nie mogła w to uwierzyć. Jej siostra żyje i kiedyś zdołają ją odnaleźć. Nawet jeśli Lil będzie musiała poświęcić na to resztę życia.
Erin przysłała jej maila. W szkole średniej była najlepszą przyjaciółką Melli. Teraz odzywała się od czasu do czasu. Miło z jej strony, bo pod koniec liceum jej siostra i Erin przestały się dogadywać. Mella po rozpoczęciu studiów straciła kontakt z wieloma wcześniejszymi znajomymi, a od reszty odsunęła się, gdy zaczęła się umawiać z Caiem. Taka już była. Z jakiegoś powodu zawsze pozostawiała różne sprawy i różnych ludzi za sobą. W prze-ciwieństwie do Lil, która przyjaźniła się z Rhią od chwili, kiedy jako dziewięciolatka przeniosła się z mamą i siostrą z Londynu do Walii. No, może ostatnio ich relacja nie była najlepszym dowodem lojalności Lil, ale dziewczyna nie chciała o tym myśleć w tej chwili.
Zamiast tego odczytała wiadomość od Erin:
Lil – cześć! Co u Ciebie? Nie kontaktowałyśmy się ostatnio, więc pomyślałam, że napiszę. Jakieś wieści? Wiem, głupie pytanie. Gdybyś coś wiedziała, to byś mi powiedziała, prawda? Chryste, jak ja bym chciała, żebyś miała jakieś wieści… Wczoraj poszłam nad rzekę – no wiesz, tam przy Haven’s Field. Nie wiem po co, po prostu chciałam ją zobaczyć. Pewnie dziwnie to brzmi. Pamiętasz, jak chodziła tam rysować? Te cholerne drzewa! Te, o których mówiła, że wyglądają jak tańczące kobiety. Boże, ta dziewczyna gadała czasami jak wariatka. Nieważne. Plotę bzdury. Zadzwoń, dobrze? Nawet jeśli nie wiesz nic nowego. Miło byłoby usłyszeć Twój głos.
Trzymaj się, Lil.
Zadzwoń! Zadzwoń! ZADZWOŃ!
E

Lil szybko wystukała odpowiedź:
Cześć, Erin! Dzięki za maila. Żadnych wieści o Melli. Dam Ci znać, gdy tylko się czegoś dowiem. I postaram się niedługo do Ciebie zadzwonić. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku.
Całusy, Lil

Wcale nie miała zamiaru dzwonić. Erin była cudowna, ale rozmowa o Melli sprawiłaby Lil za duży ból. Bolała ją konieczność mówienia ludziom, że nadal nie znaleziono najmniejszego śladu jej siostry.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tytuł: Zodiaki.Genokracja
Autor: Magdalena Kucenty
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 24-luty-2021















Opis marketingowy:

Hipnotyzująca powieść, którą przeczytałam jednym tchem. Magdalena Kucenty wciągnęła mnie do stworzonego przez siebie świata. Czytając "widziałam" akcję, jakbym oglądała film. Brawo! Katarzyna Berenika Miszczuk

Dawno nie czytałem tak brawurowej wizji przyszłości, sięgającej do najlepszych tradycji fantastyki naukowej a będącej przy tym opowieścią o pełnych życia bohaterach w świecie, w którym codziennie musimy pytać siebie: "co to znaczy być człowiekiem?". A wszystko to w huku wystrzałów, w pełnej akcji powieści. Długo czekaliśmy na powieściowy debiut Magdaleny Kucenty, ale nareszcie jest! I nie zawodzi.
Paweł Majka

Biopunkowa wizja świata po globalnej zagładzie. Społeczeństwo jest rozwarstwione, panuje system kastowy, a każdy człowiek ma swoją metrykę. W zakładach inżynierii genetycznej „Zodiak” tworzeni są postludzie o niezwykłych umiejętnościach. Na drabinie społecznej nie ma jednak dla nich miejsca. To wyłącznie obiekty doświadczalne, oznaczone i skatalogowane podług swych właściwości.
Młody Capricorn (wersja gamma, stabilna) nie kwestionuje reguł rządzących jego światem. Odgrywa rolę szczura laboratoryjnego, posłusznie wykonując powierzone mu zadania. Z pozoru nie obchodzi go nic poza rozwijaniem własnych umiejętności.
Żywiołowa Pisces (wersja alfa, niestabilna) ani myśli stosować się do jakichś tam zasad. Aby pomóc Capriemu, nie cofnie się przed niczym. Będzie kłamać, oszukiwać i zabijać. Skoro w miłości wszystkie chwyty są dozwolone, to dla miłości – tym bardziej.
Sparaliżowany Virgo (wersja beta, niekompletna) jest więźniem we własnym ciele. Nie widzi, nie słyszy, nie może ruszyć nawet palcem. Mimo to zawsze czuwa nad Gemini. Z połączeniem do sieci nie musi nigdzie iść, aby być wszędzie.
Nierozłączone Gemini (wersja beta, stabilna) dwoją się i troją, by zapewnić reszcie Zodiaków lepszą przyszłość. Dla ich dobra są gotowe poświęcić wszystko. Ludzie czy nie, stanowią przecież rodzinę.
Ich człowieczeństwa nie da się zredukować do metryki.

Fragment:

PROLOG

Poprawiła się na siedzeniu tak, by transmitery przebijające ciało sprawiały jej choć nieco mniejszy ból. Co nie było wcale łatwe, zważwyszy że miała ich w sobie aż siedem: po jednym ostrym pręcie na każdą kończynę, zatopione w nagich udach i ramionach, ponadto dwa dłuższe sterczały z pleców, krzyżując się pod łopatkami, a ostatni był wbity prosto w serce.
Najbardziej uciążliwy.
Wszystko wokół przeszytego organu pulsowało boleśnie. Każdy skurcz wypełniał tętnice czystym ogniem. Oddech grzązł w piersi. Co gorsza, okrutnie ją to wszystko rozpraszało. Tak bardzo, że nie potrafiła skupić się na wirtualnej planszy do latrunculi. Trasmitery zahaczały o siebie przy każdym ruchu, więc sterowanie holograficznymi łotrzykami było dla niej czystą udręką. Na dodatek te przeklęte kable… Gdy tylko unosiła dłoń, postukiwały cicho. Były podłączone do medskanów, które wpijały się w jej skórę niczym kajdany – zaciśnięte zarówno na nadgarstkach, jak i na kostkach nóg. Każde drgnięcie ciała wywoływało irytujący dźwięk. Nie dało się oddychać bez akompaniamentu stuknięć i pikania aparatury.
Traciła resztki koncentracji. Pionki czekały. Białe oczy łotrzyków wpatrywały się w nią z niemym wyrzutem.
Jak dotąd przegrywała tę partię.
– Coś podobnego! – rzucił jej oponent, nie kryjąc rozbawienia. – Wygram drugi raz z rzędu.
Siedział naprzeciwko i w przeciwieństwie do niej miał na sobie coś więcej niźli kolekcję przeszywającej ciało aparatury. Spod luźno rozpiętego, białego kitla wyzierały elementy ubioru niespecjalnie kojarzące się z pracą laboratoryjną: prosty, ciemny golf i wytarte dżinsy. Na gołych stopach nosił klapki plażowe.
Nienawidziła każdego szczegółu w jego absurdalnym wyglądzie.
– Rozkuj mnie, a zobaczymy, kto wygra za trzecim – odwarknęła, uśmiechnąwszy się cierpko.
– Mógłbym to zrobić…
Wyciągnął rękę ponad dzielącym ich stołem, by w ostentacyjnym geście czułości musnąć jej policzek.
Szarpnęła się gwałtownie. Wolała torturę rozwierających się ran niż jego dotyk.
– …gdybyś tylko mi pozwoliła – dokończył z równie demonstracyjnym żalem.
Dopiero kiedy cofnął dłoń, znowu pochyliła się nad planszą. Świeża krew ściekała jej po ramionach i plecach, strużki ciepłej wilgoci spływały między uda, wywołując niezdrowe podniecenie. Nienawidziła tego uczucia – pożądania, które rozpalał w niej ten człowiek. Gdyby zapomniała się choć na chwilę, rozłożyłaby przed nim nogi tu i teraz; trawiona niezdrową gorączką wciąż mokra od krwi. Nie pragnęła niczego innego niż spłodzenia z nim dzieci. Tak bardzo chciała dać mu potomstwo.
Dać je całemu światu.
Jednocześnie od samej myśli zbierało jej się na wymioty. Tyle dobrego w złym, że fale bólu i chora żądza wyostrzały zmysły. Podsycały gniew.
– Dwa jeden na trzy zero – rozkazała, ignorując rozpalające ją pragnienie.
Gdy potwierdziła skinieniem dłoni, biały łotrzyk przesunął się na wybrane pole. Czarny uciekł.
Parę ruchów później udało jej się zrównać z przeciwnikiem, a po czterdziestu minutach jego ostatni pionek rozpłynął się w hologramowy pył.
– Czyli jednak. – Mężczyzna skłonił głowę z aprobatą, a potem wsparł brodę na splecionych dłoniach. – Który to już raz…? – spytał melancholinjnie.
W ostatniej chwili powstrzymała się przed krzyknięciem, żeby przestał to robić. Przestał bawić się w te wszystkie irytujące gierki. I zabił ją wreszcie. Nie było jednak najmniejszych szans, by posłuchał, a godność nie pozwalała jej zniżyć się do proszenia.
– Który raz unicestwiamy nasz wszechświat? – rzuciła z wymuszonym rozbawieniem.
– Pytałem tylko o latrunculę.
– W takim razie sto dwadzieścia tysięcy osiemset trzydziesty piąty. O ile się nie mylę.
To dawało sześćdziesiąt tysięcy czterysta osiemnaście do sześćdziesięciu tysięcy czterysta siedemnastu dla niej. Gdy następnym razem on wygra, zremisują jak zawsze. Potem ona znowu go pokona. On zwycięży kolejną partię.
I tak w kółko, aż do utraty zmysłów. Lub do ostatecznego zniszczenia tego zasranego wszechświata.
– Nie, nie mylisz się – odparł bez cienia satysfakcji.
Uniosła wzrok znad planszy i spojrzała prosto w jego martwe oczy. Przez moment nie było słychać żadnego dźwięku. Nawet pikanie medskanów ucichło.
– Kiedy wreszcie ze mną skończysz? – W jej głosie pobrzmiewało znużenie, którego nie potrafiła już ukryć. Sama nie była pewna, czy pytała tylko o tę marną udręczoną powłokę, czy o wszystko inne również.
– Kiedy wygram albo przegram dwa razy z rzędu – odrzekł bez ogródek i rozłożył ręce w fałszywie przepraszającym geście.
– Tutaj? – Omiotła wzrokiem swoje ciasne więzienie, a potem spojrzała za okno, które zajmowało większą część ściany. Miała stąd widok na całe miasta. Wszystkie jednocześnie. – Czy tam?
– Tu i tam.
– Zachłanny jak zawsze.
Wzruszył ramionami, jakby nic nie mógł na to poradzić.
– Chciałbym, żeby było inaczej…
– Tak, tak – weszła mu w słowo – ale nie daję ci wyboru. Można by pomyśleć, że kto inny siedzi tutaj nagi, zakuty w medskany i poszatkowany jak tucznik.
– Nie porównuj się, proszę, do świni.
– Racja – przytaknęła sarkastycznie. – Świnie w rzeźni mają zdecydowanie lepiej.
Ostatnie zdanie, które wypowiedziała, zawisło między nimi. Oboje milczeli. Długo i ponuro. Aż w końcu mężczyzna uśmiechnął się bez wesołości.
Jako pierwszy przerwał ciszę:
– Wiesz, że cię kocham.
– Ciekawie to okazujesz. – Zaśmiała się mimo bólu szarpiącego wnętrzności. Następnie dotknęła pręta, który wystawał jej z piersi. – Choć muszę przyznać, że na swój sposób nie umiem wyrzucić cię z serca.
Nigdy nie umiał docenić jej wyśmienitego poczucia humoru. Przez moment siedział tylko bez ruchu, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem znowu uśmiechnął się i zaproponował pobłażliwie:
– Jeszcze jedna partia?
Nie odpowiedziała od razu. Na moment przestała nawet oddychać. Ciężkie westchnienie wyrwało się z jej gardła, dopiero gdy z kapitulacją przymknęła oczy.
– Przygotuj pionki – wychrypiała, unosząc powieki.
– Tu? – Wskazał planszę, a potem machnął ręką w stronę okien. – Czy tam?
– Wszędzie.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tytuł: Wezwij Sokoła
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 24-luty-2021















Opis marketingowy:

Pierwszy tom trylogii Śniący.
Wśród nas znajdują się śniący... i wyśnieni. Ci, którzy śnią, nie potrafią się przed tym powstrzymać, mogą jedynie próbować to kontrolować. Ci, którzy zostali wyśnieni, nie są w stanie wieść samodzielnego życia, ponieważ zasną na zawsze, jeśli ich śniący umrą.
Istnieją tacy, którzy lgną do śniących. By ich wykorzystywać. By ich więzić. By ich zabijać, zanim ich sny zniszczą nas wszystkich.
Ronan Lynch jest śniącym. Potrafi wyciągać ze swoich snów zarówno wspaniałości, jak i koszmary, i przenosić je do swojej ułomnej rzeczywistości.
Jordan Hennessy jest złodziejką. Im bardziej zbliża się do wyśnionego przedmiotu, którego poszukuje, tym bardziej nierozerwalnie się z nim wiąże.
Carmen Farooq-Lane jest łowczynią. Jej brat był śniącym... i zabójcą. Na własne oczy widziała, jakie skutki może przynieść śnienie śniącemu. Obserwowała też szkody, jakie potrafią wyrządzić śniący. To jednak nic w porównaniu z apokalipsą, jaka wkrótce ma się rozszaleć...


Fragment:

Prolog

Będzie to opowieść o braciach Lynch.
Było ich trzech i jeśli ktoś nie lubił jednego z nich, mógł wypróbować innego, ponieważ niewykluczone, iż ten z braci, który innym wydawał się nazbyt kwaśny bądź nazbyt słodki, akurat mógłby przypasować właśnie jemu. Bracia Lynch, sieroty Lynch. Wszyscy w ten czy inny sposób powstali dzięki snom. I wszyscy, jak jeden mąż, byli diabelnie przystojni.
Troszczyli się o siebie. Ich matka Aurora umarła w taki sam sposób, jak umierają niektóre sny: makabrycznie, niewinnie, niespodziewanie. Ich ojciec Niall został zabity bądź zamordowany, w zależności od tego, za jak ludzkiego ktoś go uważał. Czy istnieli jeszcze jacyś inni Lynchowie? Raczej mało prawdopodobne. Lynchowie wydawali się całkiem nieźli w umieraniu.
Sny to w zasadzie niezbyt pewny budulec do tworzenia życia.
Ponieważ bracia Lynch pozostawali w niebezpieczeństwie przez większość życia, każdy z nich wykształcił własne metody łagodzenia zagrożeń. Declan, ten najstarszy, dbał o bezpieczeństwo, zachowując się w jak najnudniejszy sposób. Był w tym bardzo dobry. We wszystkim – w szkole, na zajęciach pozalekcyjnych, na randkach – nieodmiennie wybierał najbardziej banalne rozwiązania. Miał do tego prawdziwą smykałkę. Niektóre formy nudy pozwalają przypuszczać, że ich użytkownik gdzieś w głębi siebie może być tak naprawdę osobą kapryśną i wielowymiarową, jednak Declan starannie praktykował taką formę nudy, która sugerowała, że gdzieś w głębi niego kryje się jeszcze nudniejsza jego wersja. Declan nie był niewidzialny, ponieważ niewidzialność miała swój własny powab, swoją własną tajemnicę. Był po prostu nijaki. Teoretycznie był studentem uniwersytetu i stażystą zajmującym się polityką, dwudziestojednolatkiem mającym przed sobą całe życie, lecz niełatwo się o tym pamiętało. W ogóle trudno było go zapamiętać.
Matthew, ten najmłodszy, pławił się w bezpieczeństwie, zachowując się w jak najmilszy sposób. Był uroczy, uległy i delikatny. Generalnie lubił rzeczy i to nie w ironiczny sposób. Śmiał się z żartów słownych. Przeklinał niczym kartka okolicznościowa. Wyglądał również miło, ze złotowłosego cherubinka wyrósł na złotowłosego siedemnastoletniego adonisa. Cała ta ulepkowata, rozczochrana dobroć mogłaby być nie do zniesienia, gdyby Matthew nie robił wokół siebie potwornego bałaganu przy jedzeniu i nie był okropnie leniwym uczniem, do tego nieszczególnie błyskotliwym. Wszyscy chcieli przytulić Matthew Lyncha, a on chciał im na to pozwolić.
Ronan, ten środkowy, bronił swojego bezpieczeństwa, zachowując się w jak najbardziej odstręczający sposób. Podobnie jak pozostali bracia Lynch, regularnie uczęszczał do kościoła, ale większość ludzi podejrzewała, że grał dla przeciwnej drużyny. Ubierał się w pogrzebową czerń i jako zwierzątko domowe trzymał samicę kruka. Golił włosy tuż przy skórze, a plecy pokrył tatuażem najeżonym pazurami i zębami. Miał zawsze kwaśną minę i niewiele mówił. Jeśli już wypuszczał jakieś słowa, okazywały się one niczym noże, lśniące i ostre, nieprzyjemne, gdy się w kogoś wbijały. Miał niebieskie oczy. Takie oczy zazwyczaj uważane są za ładne, ale nie w przypadku Ronana. Nie były w kolorze chabrów, niemowlęcych ubranek, indygo czy lazuru. Miały odcień gór lodowych, szkwału, hipotermii, a ostatecznie śmierci. Całym sobą sugerował, że jest zdolny ukraść komuś portfel albo upuścić czyjeś dziecko. Był dumny ze swojego nazwiska rodowego, a ono pasowało do niego. Wargi układał zawsze w taki sposób, jakby właśnie skończył wypowiadać swe miano.
Bracia Lynch mieli wiele tajemnic.
Declan był kolekcjonerem pięknych, konkretnych sformułowań, których nie pozwoliłby sobie użyć publicznie, a także właścicielem promiennego, konkretnego uśmiechu, którego nikt nigdy nie miał zobaczyć. Matthew posiadał sfałszowany akt urodzenia i brakowało mu linii papilarnych. Czasami, gdy pozwolił umysłowi się błąkać, orientował się, iż kroczy po idealnie prostej linii. Ku czemuś? Od czegoś? Była to tajemnica nawet dla niego.
Ronan miał najniebezpieczniejszą z tajemnic. Podobnie jak wiele istotnych sekretów, ten również był przekazywany w rodzinie, w tym przypadku z ojca na syna. Stanowił dla Ronana Lyncha zarówno dobrodziejstwo, jak i niepomyślność. Dobrodziejstwo, ponieważ gdy czasami zasnął i śnił, budził się z tym snem. Niepomyślność, ponieważ gdy czasami zasnął i śnił, budził się z tym snem. Z monstrami i machinami, pogodą i pragnieniem, lękami i lasami.
Sny to raczej niezbyt pewny budulec do tworzenia życia.
Po śmierci rodziców bracia Lynch przyczaili się. Declan odseparował się od tematu snów i poszedł na uczelnię, żeby zdobyć możliwie najnudniejszy dyplom z politologii. Ronan starał się, jak tylko mógł, by zawrzeć swą zabawę z koszmarami w granicach rodzinnego gospodarstwa w odosobnionej części stanu Wirginia. Zaś Matthew... cóż, Matthew musiał jedynie mieć się na baczności, żeby przypadkiem dokądś nie odwędrować.
Declan stawał się coraz nudniejszy, a Ronan coraz bardziej znudzony. Matthew próbował nie dopuścić, by stopy zawiodły go w miejsce, którego nie rozumiał.
Wszyscy oni pragnęli czegoś więcej.
Któryś musiał się w końcu złamać. Niall był dzikim śniącym z Belfastu, któremu ogień następował na pięty, zaś Aurora była złotym snem, a w jej oczach odzwierciedlało się bezgraniczne niebo. Ich synowie zostali stworzeni, by siać chaos.
Był rześki październik, dziki październik, jeden z tych niespokojnych okresów, który wdziera się pod skórę i wije się pod nią. Minęły już dwa miesiące od początku semestru zimowego. Drzewa stały się kruche i zachłanne. Wysychające liście spadały w popłochu. Zima skowyczała nocą pod drzwiami, dopóki płomienie kominków nie odpędzały jej na kilka godzin.
Na coś jeszcze innego zanosiło się tego października, coś innego prężyło się, napinało i dyszało, ale póki co, było jeszcze niemal niewidoczne. Później miało zyskać nazwę, lecz na razie jedynie wzburzało wszystko niezwykłe, czego tknęło, a bracia Lynch nie stanowili wyjątku.
Declan złamał się pierwszy.
Gdy najmłodszy brat przebywał w szkole, a środkowy symulował chorobę w rodzinnym gospodarstwie, Declan otworzył szufladę w swojej sypialni i wyciągnął kawałek papieru z zapisanym numerem telefonu. Sam jego widok sprawił, że zabiło mu szybciej serce. Powinien był go zniszczyć, ale zamiast tego wprowadził cyfry do telefonu.
– Chłopak od Lynchów? – spytał głos z drugiej strony.
– Tak – odrzekł krótko Declan. – Chcę klucza. – I rozłączył się.
Nie powiedział nikomu o tej rozmowie, nawet swoim braciom. Czym była jedna mała tajemnica, pomyślał, w życiu ich pełnym?
Nuda i tajemnice: oto wybuchowa mieszanka.
Coś miało spłonąć.

piątek, 28 lutego 2020

Lindsay Galvin - Piekielna Głębina [PRZEDPREMIEROWA]

Cześć, przychodzę do Was z ostatnią książką w tym miesiącu. Jak możecie zauważyć jest to kolejna z wersji przedpremierowych za którą udostępnienie dziękuję wydawnictwu. Czy podobała mi się? To już musicie sami wywnioskować z poniższego tekstu.

------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:

Wydawnictwo: YA
Premiera: 11 marzec 2020

------------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Ekscytująca, pełna tajemnic fabuła. Niezwykle oryginalna powieść, łącząca elementy thrillera o walce o przetrwanie, realistycznej opowieści o eksperymentach genetycznych i fantastyki.

Kiedy Aster budzi się w samotności na tropikalnej wyspie, nie ma pojęcia, gdzie jest, jak się tutaj znalazła ani gdzie szukać swojej młodszej siostry Poppy. W tym sam czasie Sam, chłopak, z którym obie dziewczyny zawarły znajomość kilka dni wcześniej w samolocie, powiązuje ich niespodziewane zaginięcie z podejrzanymi wydarzeniami następującymi w jego życiu. Trójkę nastolatków łączy jedno – choroba nowotworowa dotknęła kogoś z ich najbliższej rodziny. Odpowiedzi, których szukają, okażą się spoczywać w tajemniczym podwodnym świecie – otoczonym bezludnymi wyspami, a mimo to zamieszkanym przez niezwykłe istoty…

------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Książka niezwykle oryginalna jeśli porówna ją się z popularnymi ostatnio młodzieżówkami. Pierwsze co rzuca się w oczy to całkowite wyeliminowanie wątku romantycznego który jest w przerażającej większości tego typu powieści. Osobiście ucieszyłem się z takiego ruchu autorki. Drugim elementem jest główna oś fabularna która również podąża innymi ścieżkami niż większość powieści, ale o tym musicie przekonać się sami. 
Bohaterowie. Aster i Sam, para bohaterów którzy stoją na pierwszym planie. Mimo iż narracyjnie więcej miejsca poświęcono Aster to nie czuć aby autorka umniejszała rolę Sama. Sama budowa postaci jest oszczędna, wręcz szczątkowa ale co dziwne dzięki takiemu założeniu czytelnik sam dopowiada sobie resztę przez co stają się oni realniejsi. Może nie wszystkim taki zabieg odpowiada ale dla mnie na plus. Przy postaciach należy odznaczyć jeszcze jeden duży plus za to iż nie są one czarno-białe.
Narracja. A skoro wspomniałem wcześniej o narracji wypada chociaż troszkę więcej o niej opowiedzieć. Jest ona pierwszosobowa, dzięki czemu mamy wgląd w myśli Aster oraz jej motywację. 
Styl. Krótko podsumowując jest on lekki i przyjemny. I mimo, że w pewnym momencie dochodzi kilka trudniejszych elementów to jest to podane w tak przystępny sposób iż poszczególne strony nie wiadomo kiedy przelatują. 
Jeśli miałbym się od czegoś przyczepić to wolne rozkręcanie akcji na początku książki. Nie abym w którymś momencie miał ochotę przeskoczyć akapit czy dwa ale wprowadzenie jest troszkę zbyt długie jak na objętość książki. Nie zwróciłbym na to uwagi gdyby był to pierwszy tom serii jednakże cała historia została zamknięta w tych lekko ponad 330 stronach. Dodatkowo brakuje mi epilogu. Ponieważ niby dostaliśmy odpowiedzi na najbardziej dręczące nas pytania lecz chciałoby się zobaczyć poznanych bohaterów jeszcze w kilka lat po wydarzeniach. 
Podsumowując. Książka jest bardzo dobrym produktem i mimo iż znalazłem elementy do których się doczepiłem to jest to raczej szukanie dziury w całym niż rzeczywiste wady produkcji. Gdybym miał ocenić książkę według skali szkolnej. Znaczy od 1 do 6 to dostałaby ona piątkę i jeśli jest to debiut [niestety nie mam tej informacji], to dodałbym plusa za naprawdę wyborny start.

Życzę sobie i Wam tylko takich książek.

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu


Profil książki w serwisie lubimy czytać:

Andrzej Pupin - Piętno Ciemności

Zacząłem tę powieść czytać w piątek 19 czerwca ale panujące upały sprawiły iż musiałem odłożyć ją na dzień kolejny. I mimo, że w sobotę 20 c...