poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Brown Ryk - Legenda Corinair

Trzeci tom i jak na razie ostatni ale mam nadzieję, że autor nie powiedział ostatniego słowa i raczęj prędzej niż później pojawią się kolejne części.




------------------------------------------------------------------------------
Okładka:


Premiera: 27 sierpień 2020

--------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

W trzecim tomie The Frontiers Saga kapitana Nathana Scotta i jego załogę czekają nowe, ekscytujące przygody oraz eksploracja nieznanych i niebezpiecznych obszarów kosmosu. Po bitwie z Ta’Akarami załoga „Aurory” wycofuje się na bezpieczną odległość, korzystając z eksperymentalnego napędu skokowego, a następnie zamierza jak najszybciej wrócić na Ziemię. Pojawiają się jednak niespodziewane przeszkody, które nie pozwalają na realizację tego planu. Okazuje się, że Nathan Scott ma imię brzmiące podobnie do imienia legendarnego bohatera, który zgodnie z przepowiednią uwolni mieszkańców planet od ciemiężących ich najeźdźców…

-------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

W tej części cyklu znajdujemy się obok planety Corinair. W przeciwieństwie do księżyca z tomu poprzedniego ta jest bardziej zaawsowana. Tutaj to załoga Aurory spróbuje się ukryć oraz naprawić. Niestety nie wszystko pójdzie według planu. W sumie to nadal mogę podtrzymać swoją opinię jaką wyraziłem w poprzednich tomach. Jednakże główne postacie wykazują dużo charakteru. I mimo tego iż sam kapitan jest mi jakoś obojętny to niechciałbym aby załoga została go pozbawiona. Oprócz tego w tym tomie mamy odsłaniane kolejne fragmenty układanki historii. Tak Ziemi jak i tego co dzieje się na obecnym teatrze działań. Jeśli lubicie sci-fi i chcielibyście przeczytać krótką książeczkę pełną akcji oraz zaawansowanej technologii. To The Fronties Saga będzie w sam raz dla was. Niestety aby dodać łyżkę dziegciu do tego tekstu chciałbym nadmienić iż niestety nadal nie ma tam przedstawicieli innego gatunku niż ludzie. Naprawdę chciałbym by coś takiego się pojawiło. Wiecie, nagle przybywają jakieś dziwne okręty a tam obcy wyglądające niczym kraby czy coś podobnego. Jakaś niehumanoidalna inteligentna rasa bardzo wzbogaciłaby uniwersum. Jednak mimo tego braku seria jest solidna i godna polecenia.



Profil książki w serwisie lubimy czytać:

niedziela, 30 sierpnia 2020

Brown Ryk - Pierścienie Przystani

I drugi tom już za mną, mam troszkę większy pogląd na cykl i chętnie przeczytam kolejne.




--------------------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:


Premiera: 23 lipiec 2020

-----------------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Okręt zagubiony w obcym zakątku Galaktyki czeka długa i trudna droga powrotna. Rodzima planeta niezwłocznie potrzebuje pomocy. A na domiar złego kończy się żywność…
Załoga „Aurory” musi zaufać swoim nowym sojusznikom, jeśli chce przetrwać. Sytuacja okazuje się jednak poważniejsza, niż sądzili, a ich decyzje mogą wpłynąć na losy Galaktyki.

----------------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Drugi tom opisuje dalsze przygody załogi okrętu Aurora. Tym razem są na księżycu w Pierścieniach Przystani. Trochę zaskoczyła mnie niewielka objętość tej książeczki. Jeśli kolejne tomy też takie będą chyba będę musiał zakwalifikowac ją do książek jednodniowych. Nie jest to minusem. W sumie to nawet wręcz przeciwnie, ponieważ gdy ma się mało czasu na czytanie taka książeczka którą dość szybko się pochłonie jest świetnym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości. Minusem książki który mam nadzieję zniknie w przyszłości jest brak jakiegoś zróżnicowania rasowego. Dzięki przystankowi w pierścieniach przystani dostaliśmy trochę historii, jest tego niewiele ale w wystarczającej ilości by pobudzić ciekawość. Jeśli chodzi o ilość akcji to przez połowę powieści jest ona powiedzmy iż wolna i raczej pokazuje podejście w stylu "odpocznijmy i naprawmy się", jednak później ostro przyspiesza. Miłym wątkiem jest delikatne ukazanie postaci w troszkę większym zbliżeniu. Przez co nabierają one głębi. 
Podsumowując tom drugi trzyma poziom poprzedniczki o stawia poprzeczkę wysoko dla trzeciego tomu cyklu.





Profil książki w serwisie lubimy czytać:

Brown Ryk - Aurora CV-01

I kolejna książka której nie spodziewałem się przeczytać we wrześniu. Na szczęście ta powieść jest na tyle krótka iż bardzo szybko się ją ukończyło.


------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:

Premiera: 28 maj 2020

-----------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Wyniszczony zarazą świat, który powstaje z kolan. Bezwzględny wróg, który grozi inwazją. Młody mężczyzna pragnący uwolnić się z cienia własnego ojca. Okręt obsadzony świeżo upieczonymi absolwentami akademii. Ściśle tajny eksperymentalny napęd. Wątpliwy sojusz z tajemniczą zielonooką kobietą.

Załoga „Aurory” nawet nie podejrzewa, jak śmiałe plany ma wobec niej przeznaczenie. A to dopiero początek…

----------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Początek serii, jednej z dłuższych cykli. Pierwsze tomy mają trudne zadanie przyciągnąć czytelników w nowy nieznany świat. Ta powieść jest swoistym połączeniem postapo i scifi. Ludzkość po tak zwanych czasach ciemnych odzyskuje pomału swoją wiedzę, ale nie wnikajmy w to. Tytułowa Aurora jest nowoczesnym okrętem który ma pewien eksperymentalny napęd. Jak możecie łatwo się domyślić ze znajomości filmów scifi coś nie do końca poszło według planu. Dzięki tym niezaplanowanym czynnościom lądują w samym środku starcia i chcąc, niechąc zostają wplątani w bieg wydarzeń. I tak muszą jakoś znaleźć drogę do domu. Powieść jest pełną akcji i pisana bardzo lekko. Czytając ją przypominały mi sie odcinki serialu Star Trek czy innych podobnych. Chętnie przekonam się cóż dalej autor wymyślił. Bohaterowie, mimo ograniczego wspominania o nich widać tam potencjał, co ważne powieść nie posiada wątków romantycznych. I bardzo mnie to cieszy ponieważ ostatnio duża ilość czytanych prowadzi go w sposób tworzony na siłę i bardzo sztucznie. Jeśli tu się jakiś pojawi w dalszej części fabuły to w zależności od jego poprowadzenia może być plusem bądź minusem całego cyklu. 
Powieść idealna do przeczytania w jedno popołudnie lub wieczór, i jako wstęp do większej przygody, lub przygód spełnia swoją rolę.




Profil książki w serwisie lubimy czytać:

piątek, 28 sierpnia 2020

Krzysztof Haladyn - Antywirus

Na początku sądziłem iż ta książka zostanie przezemnie przeczytana dopiero we wrześniu ale jak możecie zauważyć udało się szybciej.

---------------------------------------------------------------------------------
Okładka:


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Seria: Cyfrak
Premiera: 21 sierpień 2020

----------------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Neth powrócił do RepTek Polis, lecz nie był to powrót w chwale. Zdołał wprawdzie pozbyć się cyfraka pustoszącego mu instalację i przeżyć, lecz to jedyny sukces. Teraz wpada w szaleńczy wir wywołanego przez siebie chaosu.
Bioćpuny, lokalne męty, mafiozi i siepacze RepTeku - dopaść chcą go dosłownie wszyscy. Na dodatek uwolniony cyfrak grasuje w korporacyjnej sieci realizując sobie tylko znane cele, a Neth z uszkodzonym wewnętrznym softem jest zdany pomoc tych, którym nie może do końca zaufać…
Zaczyna się polowanie na niespotykaną dotąd skalę. Nim się zakończy, całe RepTek Polis zadrży w posadach.
Tu dokona się historia. OPERATYWNOŚĆ POWRÓCI. OCZEKUJ. Albo uciekaj.

-----------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Ta powieść jest idealnym przykładem jak jednym wątkiem spaprać sobie ostateczną ocenę książki. I w tej opinii chciałbym Was ostrzec iż będzie spoiler, ale spokojnie oznaczę go. Ale najpierw coś przyjemniejszego. Tom drugi serii Cyfrak ma w sobie wiele przyjemnych elementów. Akcja, poczucie zagrożenia nawet w pozornie bezpiecznych miejscach i niepewność co przyniesie kolejny rozdział. Oczywiście jest jeszcze przyjemne pióro autora które dodatkowo przyspiesza czytanie. Jednak motyw romantyczny, że tak się wyrażę sprawił iż prawie porzuciłem tę książkę.
[SPOILER on]
Gdy już przyzwyczaiłem się do relacji powiedzmy iż głównej trójki, nagle bez żadnych przesłanek autor postanawia zamienić go w trójkąt. Może i bym nie był aż tak negatywnie nastawiony gdyby nie przedstawienie postaci.
[SPOILER off]
W sumie to zbyt jednowymiarowe przedstawienie postaci to mógłby być podstawowy zarzut jaki wystosowałbym do autora. I to właśnie przez to jakoś trudno mi czuć coś więcej niż obojętność wobec postaci. Poza wzburzeniem gdy doszedł wątek który zaspoilerowałem. Gdyby nie to, moja ocena byłaby o jeden a może nawet dwa punkty wyższa. Samo zakończenie też niezbyt mi podpasowało. Jednak mimo takiego narzekania i prawie porzuceniu książki cieszę się iż ją ukończyłem. Nie jest to najgorsza powieść jaką przeczytałem w sumie to można ją uznać jako solidną jeśli szuka się krótkiej serii do zapoznania się w celu "oczyszczenia umysłu", i zrelaksowania. Kto wie, może część z was oceni ją bardziej pozytywnie a tak poprowadzony wątek romantyczny będzie wam odpowiadał.


Profil książki w serwisie lubimy czytać:



czwartek, 27 sierpnia 2020

Krzysztof Haladyn - Cyfrak

Cześć, przychodzę do was z książką którą wziąłem w momencie kiedy okazało się iż ta którą miałem na celowniku okazała się drugim tomem. Może i czasem robię tak, że zaczynam od jakiegoś dalszego ale nie tym razem.

----------------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Seria: Cyfrak
Premiera: 20 czerwiec 2020

-------------------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

W zdewastowanym świecie przetrwały nieliczne, zarządzane przez korporacje Miasta. Uzależniony od cyfrowych narkotyków Neth żyje w jednym z nich, otoczonym przez pustynię RepTek Polis. Tutaj granice cywilizacji i względnego bezpieczeństwa wyznacza technologia - tam gdzie nie sięgają macki firmy panuje chaos. W Przymurzu, jednej z takich dzielnic znajduje się nielegalne laboratorium, stanowiące dla Netha i jego dilera Wiz.una łakomy kąsek. Nie przypuszczają oni jednak, że grasujący w tej dzielnicy zmutowani ocaleńcy Błękitnej Plagi, wszelkiej maści bioćpuny i zintegrowany system obronny placówki to dopiero początek ich problemów. Konsekwencje tego włamania zmienią losy całego Polis i nie tylko...

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Książka która po okładce kwalifikowana jest do scifi, z opisu oraz lektury książki stwierdzam iż bliżej im do postapo. I to miejscami z dużymi podobieństwami do Matrixa. Na szczęście powieść posiada dużo własnych pomysłów, nie będę tutaj pisać o fabule chociaż jedno zachowanie bohatera jest tak bardzo przewidywalne, że miałem coś w stylu "może gdyby takie zachowanie dać później w fabule albo wręcz w drugim tomie to byłbym bardziej zaskoczony". Tak samo ma się wątek romantyczny. Główna postać kobieca zachowuje się dziwnie a cały tamten wątek wydaje się dodany tylko po to aby był. Jednak mimo tego narzekania książkę czytało mi się przyjemnie i chętnie dowiem się więcej o tytułowym cyfraku, ponieważ ta część informacji której dostarczyła nam druga połowa książki tylko zaostrzyła apetyt. Mała rada, jeśli planujecie przeczytać cyfraka od razu zaopatrzcie się w część drugą ponieważ zakończenie pierwszej jest w takim momencie iż od razu chce się poznać dalszy ciąg oraz to jakie komplikacje nastąpią w dalszym etapie. Powieść czyta się bardzo szybko mimo wzięcia dość przeciętnych elementów jak bohaterowie czy mrugnięcia okiem do fanów pewnego filmu a skończywszy na dość ogólnej budowie świata. Jednak oceniając powieść jest to solidne siedem na dziesięć. Słowem nie jest źle, ale czytałem lepsze. Mam nadzieję, że autor rozwinie swoje umiejętności ponieważ widać potencjał.



niedziela, 23 sierpnia 2020

Jack Campbell - Nieustraszony

Cóż mogę napisać. Druga część serii Zaginiona Flota jest na tym samym poziomie co pierwsza. I tak naprawdę to większość moich uwag można zastosować do obydwu części. Czy przeczytam kolejne? Pewnie tak, gdy już pojawią się na legimi, są przyjemną lekturą.

----------------------------------------------------------------------------------------------------
Okładka:

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 14 sierpień 2020

---------------------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Flota Sojuszu, ścigana przez przeważające siły Syndykatu, przemierza wrogie systemy gwiezdne. Dowodzi nią legendarny John "Black Jack" Geary, bohater wracający między żywych po 100 latach hibernacji. Załogi jego okrętów nie ustają w wysiłkach, by dotrzeć do macierzystych portów i dostarczyć klucz do wrogiego hipernetu, będący jednocześnie kluczem do zwycięstwa w stuletniej, wyniszczającej wojnie. Geary - świadom, że Syndycy chcą wciągnąć flotę w zasadzkę - musi działać z zaskoczenia. Stąd pozornie szalony plan ataku na system Sancere, który wywołuje sprzeciw zmęczonych nieustannym pogotowiem bojowym marynarzy i oficerów Sojuszu. Nie wierzą oni w sens zapuszczania się na terytorium wroga. Narasta bunt, coraz poważniej zagrażający pozycji Geary'ego.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

I kolejna książka którą przeczytałem w jeden dzień. I w sumie to zdanie mogłoby służyć za całą opinię. Ale to byłoby zbyt krótkie. Styl powieści nie zmienił się w stosunku do pierwszej części w ogóle. Jeśli chodzi o fabułę, to książka zaczyna się w momencie w którym skończyła się poprzedniczka. Niestety muszę skrytykować tę część za wprowadzenie wątku romantycznego. Tak bardzo mi on tu nie pasuje, że za każdym razem gdy na kartach powieści pojawiał się aż miałem ochotę przeskoczyć ten fragment. Na szczęście cała reszta jest na dobrym poziomie. Trochę żałuję iż autor tak szybko po wprowadzeniu nowej postaci zamknął jej wątek. Mogło to być ciekawe. Pewnie dziwicie się "jak to nowe postacie we flocie uwięzionej na wrogim terytorium?", ale wszystko zostało bardzo umiejętnie wytłumaczone. Żałuję, że nie trafiłem na tę serię gdy wychodziło pierwsze wydanie ale postaram się pamiętać o czytaniu kolejnych części. Na razie podoba mi się ona w takim stopniu jak cykl Expanse, a nawet troszkę bardziej gdyż Zaginiona Flota nie ma aż tylu przegadanych momentów. Bardzo przyjemnie spędziłem czas z powieścią i poza momentami romansu nie żałuje tego. 



sobota, 22 sierpnia 2020

Jack Campbell - Nieulękły

 Cześć, tym razem przychodzę z sci-fi dużo bardziej militarnym. Co nie do końca może przypaść do gustu pewnej liczbie odbiorców ale ma kilka ciekawych elementów do ukazania.

--------------------------------------------------------------

Okładka:

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Seria: Zaginiona Flota

Premiera: 24 lipiec 2020

-----------------------------------------------------------------------------

Opis marketingowy:

Ze Światami Syndykatu Sojusz walczy od 100 lat, ale właśnie stanął na krawędzi totalnej porażki. Flota Sojuszu została pokonana i uwięziona w głębi terytorium wroga. Jedyną nadzieją na jej ocalenie jest człowiek, który po wybudzeniu ze stuletniej niemal hibernacji odkrywa, że stał się... symbolem i legendą.
Czyny kapitana Johna „Black Jacka” Geary'ego zna każdy uczeń Sojuszu.
Po pierwszej bitwie wojny stuletniej uznano go za martwego. Wiek później, cudem ocalony z kapsuły ratunkowej, wbrew swojej woli, musi zasiąść w fotelu dowódcy floty skazanej na nieuchronną zagładę. Okazuje się człowiekiem dalekim od propagandowego wizerunku. Wie jednak, że dostarczenie wykradzionego klucza hipernetowego do przestrzeni Sojuszu jest jedyną szansą na zakończenie długiej i krwawej wojny.
By tego dokonać, Geary musi stawić czoła nie tylko wrogowi, ale i legendzie Black Jacka...

--------------------------------------------------------------------------------------------

Opinia:

Muszę przyznać iż nie spodziewałem się, że ta książka tak szybko wejdzie na stosik przeczytane. Główny bohater, Geary jest postacią odnalezioną po stuleciu walk, mało tego mimo tak długiej potyczki nadal nie widać końca tej potyczki. Coś jak w Gwiezdnych Wojnach gdzie Imperium walczy w rebeliantami i tylko nazwy się zmieniają. Tutaj z punktu widzenia bohatera widzimy jak bardzo nieustająca walka zmieniła nie tylko styl życia postaci ale również ich zachowanie, czy sposób myślenia. Dość szybko jesteśmy wrzuceni w sytuacje gdzie flota w której się znajdujemy jest na teryterium wroga. Głęboko na tym terytorium. Książka jak na swoją niewielką objętość zawiera zaskakująco dużo elementów akcji, nie mówię, że to coś złego, lubię ten typ powieści. Jako, że ta część opowiada o okręcie flagowym floty, tytułowym Nieulękłym podczas scen wolniejszych mamy sporo rozważań strategicznych oraz swoistego tłumaczenia się dowódcy przed załogą z podejmowanych decyzji. Wróćmy jeszcze na chwilę do scen akcji. One również z racji przedstawienia ich z punktu widzenia dowódzcy mają w sobie dużo wojskowego żargonu. Nie jest on może specjalistyczny i nawet taki cywil jak ja wszystko zrozumie ale wolę was uprzedzić.
Co do stylu autora to nie mam się do czego przyczepić. Cóż może najlepszym podsumowaniem będzie iż skończyłem tę powieść w jeden dzień mimo, że na początku nie sądziłem iż znajdę tyle czasu.



Profil książki w serwisie lubimy czytać:

piątek, 21 sierpnia 2020

Kornel Mikołajczyk - Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął

 Dlaczego muszę mieć tak mało czasu gdy trafiam na takie książki. Ta pozycja mimo iż nie idealna jest bardzo dobra i godna polecenia.


------------------------------------------------------------------------------------------------

Okładka:

Wydawnictwo: GMORK

Premiera: 3 sierpień 2020

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Opis marketingowy:

XXII wiek nie musi oznaczać braku zapotrzebowania na prywatnych detektywów. W cyberpunkowej Gigalopolis klasycznie błyskotliwy Valter Fingo do spółki z hologramową, zjawiskowo urodziwą asystentką Luką i półmechanicznym kotołakiem o umyśle człowieka porywają się na każde, nawet najbardziej skomplikowane zadanie; są przecież specjalistami od spraw niemożliwych.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Przyszłość, wszechobecna technika i mnóstwo udogodnień na wyciągnięcie ręki. W tym świecie poznajemy Val, prywatnego detektywa od jak sam je nazywa "spraw niemożliwych". Główny bohater jest typowym przedstawiciel tego gatunku. To znaczy jako jedyny a raczej jeden z nielicznych posiada tylko minimalną ilość nazwijmy to wszczepów. Jak przystało na detektywa jest niczym Sherlock Holmes cyber miasta. Jednak jego partnerzy to już większa oryginalność. Luka holo-ciało, jego asystentka oraz kotołak połączenie zwierzaka, cyborga i ..., ale nie będę tu zdradzał, przekonajcie się sami. Co do samej książki to jest ona podzielona na kilka spraw w których poznajemy metody pracy detektywa oraz jego sposób myślenia. Trochę żałuję iż jest tak mało rozmów ze współpracownikami ale to tylko takie czepianie na siłe. Jeśli macie czas to książkę czyta się bardzo szybko czego zasługą jest lekkie pióro i bardzo przyjazny język autora. Dodatkowo pomimo umieszczenia glosariusza na końcu książki jakoś nie widziałem przymusu by go odczytywać. Jednakże dla poszerzenia swojej wiedzy o uniwersum. Która przyda się jeśli autor postanowi napisać kolejną książkę w tym uniwersum oraz w stym stylu. Książkę mogę z czystym sumieniem polecić fanom cyberpunku, urban fantasy czy bardziej pozytywnemu przedstawieniu przyszłości. 


niedziela, 9 sierpnia 2020

Marta Kisiel - Małe licho i lato z diabłem [PRZEDPREMIEROWA]

Tę książkę możnaby opisać cytatem autora Opowieści z Narnii, nie przytoczę go dokładnie ale szło to jakoś tak "jeśli książka dla dzieci podoba się tylko im, to znaczy że jest słaba", seria z Małym lichem jest przykładem jak pisać książki dla dzieci. Mówiąc bardzo krótko podobała mi się, chociaż mogłaby być dłuższa ale dzięki temu przeczytałem ją w jeden dzień. Jeśli chcecie usłyszeć coś więcej zapraszam poniżej.


--------------------------------------------------------------------------------------------------

Okładka:

Wydawnictwo: Wilga

Seria: Małe Licho

Premiera: 02 wrzesień 2020

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Opis marketingowy:

Bo w życiu najważniejsze jest dobre serce, a nie liczba rogów na łeb kwadratowy!
Małe Licho i Bożek, świeżo upieczony absolwent klasy trzeciej, wyruszają na wakacje w samym środku lasu. Nie podejrzewają nawet, że Prawdziwa Wielka Przygoda przyjdzie wraz z letnią burzą, która wywróci ich plany do góry nogami. Na domiar złego pół chłopiec, pół widmo, pół glut musi zamienić czorta i anioła stróża na innego kompana, rodem ze swych najgorszych snów.
Trochę śmieszna, a trochę straszna opowieść o przyjaźni, która potrafi wyrosnąć mimo największych przeciwieństw.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opis:



Bożek zaczął wakacje, spędza ją razem z lichem u swojej cioci, o ile dobrze się orientuje to ciotkę poznaliśmy już przy okazji tomu drugiego. W tej części akurat autorka chciała nauczyć czytelnika spoglądać na osoby od innej strony. I to tyle jeśli chodzi o zarys fabularny. Książeczka jest napisana tak fajnym i lekkim stylem iż przeczytałem ją w jeden tylko dzień. Czcionka którą wydrukowana jest powieść wydaje mi się duża, ale może to dlatego iż na czytniku zawsze mocno ją zmniejszam. Jednakże taka duża czcionka jest wygodniejsza dla młodszych czytelników. Niby jest to trzeci tom serii, jednakże w odróżnieniu od innych cykli tej nie trzeba czytać chronologicznie. Więc nie ważne czy poznacie licha od tej części czy od tomu pierwszego, będziecie bawić się równie dobrze. 
Mam nadzieję, że nie jest to koniec przygód Bożka, Licha i spółki, i z wielką przyjemnością poznam kolejne.
A dla waszej informacji w zbiorze opowiadań "Pierwsze Słowo", o ile dobrze pamiętam są dwa utwory z tego samego uniwersum co tutaj ;)

Profil książki w serwisie lubimy czytać:





































— Ja też chcę przeżyć przygodę — oznajmiło Licho od progu i na znak, że jest w tym pragnieniu niezmiernie stanowcze, wzięło się pod boki i zmarszczyło brwi.
Bożydar Antoni Jekiełłek znieruchomiał na schodach werandy i wybałuszył na anioła wielkie chabrowe oczy, ponieważ nic a nic z tego nie rozumiał. W ogóle.
Przed momentem wrócił ze szkoły, dumnie dzierżąc w garści świadectwo ukończenia klasy trzeciej. Znaczy, dzierżąc metaforycznie, czyli nie dosłownie, bo tak naprawdę to miał je w plecaku, razem z zawartością swojej szkolnej szafki. Tę zawartość pani kazała każdemu uczniowi wyciągnąć, odkleić lub zeskrobać i zabrać ze sobą do domu, a najlepiej od razu wyrzucić, zanim przed nastaniem jesieni sama wypełznie, zwoła posiłki i podbije jakiś kontynent. Jesienią ich sala — najlepsza na całym parterze, bo choć niezbyt wielka, to słoneczna i schowana aż za biblioteką przed czujnym radarem surowej wicedyrektor — na powrót miała się bowiem stać salą pierwszaków. Oni zaś, jako czwartoklasiści pełną gębą, przeniosą się na Piętro, do nowej sali, do całkiem nowego świata, którego Bożek w głębi ducha trochę się obawiał.
Ale nie dziś. Jeszcze nie. W ten ostatni czerwcowy piątek żadne z nich nie myślało o rewolucji, jaka ich czekała za dwa miesiące. Teraz w ogóle nie mieli do tego głowy! Dziś był dzień o zapachu słońca i beztroski, dzień powitania z latem i zarazem pożegnania — tego radosnego, z koleżankami i kolegami z klasy, z którymi niedługo znów się zobaczą, i tego smutniejszego, bo z panią, która przestawała być Ich Panią tak całkiem, na zawsze. Wyściskała ich, wytuliła i wygłaskała, pogroziła palcem ten ostatni, najostatniejszy raz, a potem zagoniła do szafkowych wykopalisk, kwitując co dziwniejsze znaleziska śmiechem albo okrzykami najszczerszej, prawie nieudawanej zgrozy.
W szafce Bożka na przykład, oprócz zapomnianych zeszytów, znalazły się zaschnięte farby w plastikowych pojemniczkach z zakrętką, nadkruszone gumki oraz ogryzki różnokolorowych kredek. Chłopiec zbierał je pieczołowicie dla Gucia, wziąwszy sobie do serca przysłowie, że kto zjada ostatki, ten piękny i gładki, a wszyscy wiedzieli, że im gładszy był Gucio, tym lepszy robił rozbryzg w wannie podczas wieczornych kąpieli. Były tam również trzy plastelinowe ludki oraz dwa ludki z kasztanów, które skleiły się nieodwracalnie w lepkiego zmutowanego ludkojeża, arkusze kolorowego papieru z dziurami w osobliwych, kanciastych kształtach, jojo bez sznurka, sznurek bez jojo, magnetyczny glut w metalowym puzderku, a także skórka od chleba z kanapki, chyba majowej, a może nawet kwietniowej, która cała już stwardniała oraz, co Bożka fascynowało najbardziej, panią zaś najbardziej zmroziło, porosła śmiesznym mięciusim kożuszkiem, jak gdyby w szkolnej szafce doskwierał jej chłód.
Wszystko to, razem ze świadectwem oraz książką, chłopiec przytaszczył do domu tego ostatniego dnia szkoły — a zarazem pierwszego dnia swoich pierwszych prawdziwych wakacji, które właśnie się rozpoczynały.
Plany miał na ten wspaniały czas wielkie, przeogromne wręcz.
Po pierwsze, zamierzał siedzieć do późna, najlepiej każdego wieczoru, i przeczytać wszystkie, ale to wszyściuteńkie zaległe książki, które piętrzyły się obok jego łóżka. Stos ów już trzy razy przewrócił się na Gucia, równie zafascynowanego, co zaskoczonego chybotliwością konstrukcji, zwłaszcza potraktowanej serią zamaszystych pacnięć. Cóż. Mały potwór nie od dziś ignorował co bardziej karkołomne koncepcje, których nie obejmował ani umysłem, ani macką, a grawitacja zdecydowanie była jedną z nich.
Po drugie (wskutek pierwszego), Bożek chciał wylegiwać się każdego ranka w pościeli i czytać dalej, rzecz jasna. A potem snuć się po domu w piżamie, z nieumytymi zębami i czupryną rozczochraną jeszcze bardziej niż zwykle, póki ktoś dorosły nie zauważy, że właściwie jeszcze chwila i będzie się musiał przebrać z tej piżamy… z powrotem w piżamę, żeby pójść spać, co w sumie pasowało do jego planów.
Po trzecie, postanowił precyzyjnie sprawdzić, ile czereśni pomieści człowiek typu dziecko, lat dziesięć (i pół), co jednakże wymagało dotrwania do kluczowego momentu, kiedy czereśnie dojrzeją, za to tuż przed tym, jak zainteresują się nimi szpaki i robaczki. Oraz różowe króliki. No i mama. Mama była zdolna pomieścić chyba wszystkie czereśnie świata (i jeszcze morele na dokładkę).
Po czwarte, gdyby śmiała koncepcja z piżamą całodobową nie wypaliła, Bożek planował sprawdzić, czy sięga już z czwartej gałęzi drzewa za domem do piątej albo nawet wyżej. To z kolei wymagało sporej dyskrecji, żeby dorośli nie zauważyli i nie zgłosili protestu, oraz asekuracji. Bo choć Gucio w grawitację nie wierzył, to grawitacja z pewnością wierzyła w Bożka, a on nie zamierzał się z nią kłócić.
Po piąte — i najważniejsze — musiał przysiąść w końcu fałdów nad Glutami w Podziemiach, grą bardzo przygodową, taką z fabułą, planszą, figurkami i takimi tam, nad którą pracował od kilku miesięcy. Znaczy, może tak nie do końca PRACOWAŁ. Najpierw przez trzy albo cztery tygodnie szukał tytułu idealnego i kiedy już mu się wydawało, że znalazł, przyszedł wujek Konrad i zaczął tłumaczyć, że nie ma takiego pudełka, na którym zmieściłoby się Bazyl Bazyleor, Mistszsz Szalbierstwa, i Złowrogie Gluty w Niezgłębionych Podziemiach Ciemności ze Stworami. Gra Rodzinna, i że „mistrz” pisze się jednak nieco krócej (między innymi). Ponieważ wujek znał się na tytułach, a do tego używał przykrych słów, takich jak PRZYDAWKA lub ALITERACJA, Bożek szybko pogodził się z cięciem i wykaligrafowawszy wersję skróconą na okładce zeszytu, przystąpił do spisywania fabuły. W tym samym czasie Licho z poświęceniem szykowało skomplikowaną trójwymiarową planszę z kartonu, osobistego pierza, rolek po papierowych ręcznikach i patyczków po lodach, wujaszek Turu zaś, jak zawsze nieoceniony, rzeźbił drewniane figurki bohaterów i średnio raz w tygodniu upewniał się, czy tytułowy heros aby na pewno ma być (tu zerkał do notatek) „taką fajną kozą wyposażoną w kilogram cukierków, patelnię i cymbałki”.
Po tych kilku miesiącach z wymiętolonego i zabazgrolonego zeszytu już prawie wyłaniał się pierwszy z siedemnastu scenariuszy Prawdziwej Podziemnej Przygody, wraz z zestawem dwustu pięciu Unikatowych Kart Przedmiotów i Zrządzeń Losu, z których powtarzała się zaledwie połowa. Licho wciąż tuptało po całym domu w poszukiwaniu kartonów, żeby dokleić i ozdobić kolejne piętra planszy, zanim różowe króliki znowu wtranżolą Lochy Lodowego Lamentu albo zostawią bobki w Pieczarze Przeklętej Paszczy, a wujaszek Turu nieustannie dopytywał, czy to na pewno mają być cymbałki, nie zaś, na przykład, Byczy Bęben Bojowy albo Gargantuiczny Gong Grozy. (I czy Bożek nie mógłby jednak zacząć przygody z projektowaniem gier planszowych od czegoś prostszego, jak bierki. Albo kapsle).
— Nie — odpowiadał twardo chłopiec, na co wujaszek wzdychał ciężko i wracał do rzeźbienia cymbałków, które zmieściłyby się w pudełku zapałek, i to razem z cymbalistą.
Krótko mówiąc, przez te dwa wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione miesiące wakacji Bożek zamierzał robić to wszystko, co jeszcze przed rokiem, zanim poszedł do szkoły, uważał za całkiem zwyczajne. Jasne, szkoła była dość fajna i koledzy też (z wyjątkiem tych, którzy nie byli), ale dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo mu brakowało tej niespiesznej i chaotycznej codzienności, wolnej od popędzających go ciągle wskazówek zegara. Sęk w tym, że żadnego z tych planów, choć arcyprzyjemnych, nie dało się nazwać przygodą przez dostatecznie duże Przy, żeby zaspokoić oczekiwania małego anioła w tym względzie.
— No bo wiesz — podjęło tymczasem Licho, uznawszy, że dość już manifestowania tej całej stanowczości, pora rozwinąć myśl. — Ty miałeś przygody, alleluja. Takie z emocjami i siniakami, i wyprawami, i w ogóle! A ja nie miałom ani jednej, ani w zaświatach, ani w podmiędzypiekle…
— Przednadpiekle — poprawił Bożek skrupulatnie.
— Tam też nie miałom! — zakrzyknęło Licho i tupnęło bamboszkiem dla większego wrażenia. — Nic nie miałom i nigdzie nie byłom, bo ty mnie nigdzie nie zabierasz!







sobota, 8 sierpnia 2020

Dennis E. Taylor - Gdyż jest nas wielu

 Cześć, tym razem wracamy do serii w której śledzimy losy pewnej SI która była kiedyś człowiekiem. Czy drugi tom podobał mi się? Tak i chętnie przeczytam trzeci.


---------------------------------------------------------------------------------------

Okładka:

Wydawnictwo: Mag

Seria: Bobiverse

Premiera: 31 lipiec 2020

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Opis marketingowy:

Bob Johansson nie wierzył w życie po śmierci, więc zszokowało go, że obudził się po tym, jak zginął w wypadku samochodowym. A jeszcze bardziej to, że był teraz inteligentnym komputerem sterującym sondą von Neumanna.
Bob i jego kopie od czterdziestu lat rozprzestrzeniają się po gwiazdach wokół Ziemi w poszukiwaniu planet nadających się do zamieszkania. Ale to jedyny element pierwotnego planu, który przetrwał. W wyniku ogólnoukładowej wojny zginęło 99,9% ludzkości a Ziemia powoli przestaje nadawać się do życia wskutek nuklearnej zimy; radykalna grupa terrorystyczna pragnie wykończyć resztkę ludzi; brazylijskie sondy wciąż czają się w kosmosie i nadal próbują wysadzić wszelką konkurencję. A do tego Bobowie odkryli podbijający kosmos gatunek istot, które wszelkie inne życie uznają za pożywienie.
Bob opuszczał Ziemię licząc na życie pełne eksploracji i błogiej samotności. A został bogiem z nieba dla pewnego pierwotnego gatunku, jedyną nadzieją na znalezienie ludzkości nowego domu oraz być może jedyną siłą, która może zapobiec pożarciu wszelkiego życia w poznanym kosmosie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

Książka jest bezpośrednią kontynuacją wątków z pierwszej części i dlatego nie jest wskazane czytać jej bez znajomości poprzedniczki. Po prostu moglibyście zagubić się w uniwersum. Ponieważ wiele elementów które weszły w użytek w pierwszej części, chociażby sposób komunikacji, jest tutaj wykorzystywanych bardzo mocno. Jak pamiętacie na Ziemi nie działo się zbyt dobrze po wylocie Boba, tutaj kontynujemy wątek przesiedlenia mieszkańców na kolonie w innych planetach. Jednakże pojawia się bardzo poważne niebezpieczeństwo ze strony, nazwijmy to "trzeciego gracza", prawdopodobnie w trzeciej części dużo więcej się dowiemy o tej grupie. Jest dość oryginalna. Oprócz starych wątków poznanej rasy, pojawiają się nowe a także rozwija się wątek różnic poszczególnych kopii. Szczerze to nie mogę się doczekać aż dojdą mnie słuchy o polskiej premierze kolejnego tomu. I ta seria zagoście w mojej biblioteczce w wersjach fizycznych. Jeśli lubicie sci-fi i to raczej z tych lżejszych to mogę polecić ją wam z czystym sumieniem. Jednak pamiętajcie aby poznać historię od pierwszego tomu.

Profil książki w serwisie lubimy czytać:

czwartek, 6 sierpnia 2020

Robert J. Szmidt - Zgasić Słońce. Szpony smoka

Nareszcie książka która dość długo czekała na swoją kolej na czytniku może być zapisana w dziale tych przeczytanych. Tak na szybko podobała mi się, troszkę więcej to zapraszam poniżej.

-----------------------------------------------------------------------------------
Okładka:

Wydawnictwo: SQN
Premiera: 29 styczeń 2020

-----------------------------------------------------------------------------------------
Opis marketingowy:

Piłsudski vs Amaterasu
Technologia kontra podniebne bestie
Japonia przeciw reszcie świata
Rok 1905. Świat stoi w obliczu największego konfliktu w dziejach. Uwolnione po tysiącu lat przedwieczne istoty nie zatrzymają się, dopóki nie podbiją całego świata dla boskiego tennō. Przywódcy najpotężniejszych mocarstw zawierają sojusz i wysyłają gigantyczną podniebną armadę nad Tokio, by zetrzeć tę metropolię z powierzchni ziemi.
Józef Piłsudski, wypatrujący okazji do odzyskania przez Polskę suwerenności, już obstawił zwycięzcę. Teraz musi udowodnić Japonii, że odrodzona Rzeczpospolita będzie wartościowym sprzymierzeńcem Imperium Wschodzącego Słońca.

------------------------------------------------------------------------------------------
Opinia:

niedziela, 2 sierpnia 2020

Małe licho i lato z diabłem - zapowiedź



Cześć z wielką przyjemnością chciałbym poinformować Was iż drugiego września 2020 roku swoją premierę będzie mieć trzeci tom z serii o przygodach Małego Licha. A dla osób które nie miały jeszcze przyjemności poniżej wrzucam krótki opis książki.

Opis marketingowy:


„Seria Marty Kisiel jest jedną z najlepszych, jakie czytałem ostatnimi laty. Umiejętność stworzenia w sercu i umyśle czytelników tak niezwykłej atmosfery jest czymś wybitnym, rzekłbym, że wręcz magicznym. Do licha! Jakie to jest dobre!”

– Przemysław Staroń, Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020

Małe Licho i Bożek, świeżo upieczony absolwent klasy trzeciej, wyruszają na wakacje w samym środku lasu. Nie podejrzewają nawet, że Prawdziwa Wielka Przygoda przyjdzie wraz z letnią burzą, która wywróci ich plany do góry nogami. Na domiar złego pół chłopiec, pół widmo, pół glut musi zamienić czorta i anioła stróża na innego kompana, rodem ze swych najgorszych snów. Trochę śmieszna, a trochę straszna opowieść o przyjaźni, która potrafi wyrosnąć mimo największych przeciwieństw.

Bo w życiu najważniejsze jest dobre serce, a nie liczba rogów na łeb kwadratowy!




















FRAGMENT:

— Ja też chcę przeżyć przygodę — oznajmiło Licho od progu i na znak, że jest w tym pragnieniu niezmiernie stanowcze, wzięło się pod boki i zmarszczyło brwi.
Bożydar Antoni Jekiełłek znieruchomiał na schodach werandy i wybałuszył na anioła wielkie chabrowe oczy, ponieważ nic a nic z tego nie rozumiał. W ogóle.
Przed momentem wrócił ze szkoły, dumnie dzierżąc w garści świadectwo ukończenia klasy trzeciej. Znaczy, dzierżąc metaforycznie, czyli nie dosłownie, bo tak naprawdę to miał je w plecaku, razem z zawartością swojej szkolnej szafki. Tę zawartość pani kazała każdemu uczniowi wyciągnąć, odkleić lub zeskrobać i zabrać ze sobą do domu, a najlepiej od razu wyrzucić, zanim przed nastaniem jesieni sama wypełznie, zwoła posiłki i podbije jakiś kontynent. Jesienią ich sala — najlepsza na całym parterze, bo choć niezbyt wielka, to słoneczna i schowana aż za biblioteką przed czujnym radarem surowej wicedyrektor — na powrót miała się bowiem stać salą pierwszaków. Oni zaś, jako czwartoklasiści pełną gębą, przeniosą się na Piętro, do nowej sali, do całkiem nowego świata, którego Bożek w głębi ducha trochę się obawiał.
Ale nie dziś. Jeszcze nie. W ten ostatni czerwcowy piątek żadne z nich nie myślało o rewolucji, jaka ich czekała za dwa miesiące. Teraz w ogóle nie mieli do tego głowy! Dziś był dzień o zapachu słońca i beztroski, dzień powitania z latem i zarazem pożegnania — tego radosnego, z koleżankami i kolegami z klasy, z którymi niedługo znów się zobaczą, i tego smutniejszego, bo z panią, która przestawała być Ich Panią tak całkiem, na zawsze. Wyściskała ich, wytuliła i wygłaskała, pogroziła palcem ten ostatni, najostatniejszy raz, a potem zagoniła do szafkowych wykopalisk, kwitując co dziwniejsze znaleziska śmiechem albo okrzykami najszczerszej, prawie nieudawanej zgrozy.
W szafce Bożka na przykład, oprócz zapomnianych zeszytów, znalazły się zaschnięte farby w plastikowych pojemniczkach z zakrętką, nadkruszone gumki oraz ogryzki różnokolorowych kredek. Chłopiec zbierał je pieczołowicie dla Gucia, wziąwszy sobie do serca przysłowie, że kto zjada ostatki, ten piękny i gładki, a wszyscy wiedzieli, że im gładszy był Gucio, tym lepszy robił rozbryzg w wannie podczas wieczornych kąpieli. Były tam również trzy plastelinowe ludki oraz dwa ludki z kasztanów, które skleiły się nieodwracalnie w lepkiego zmutowanego ludkojeża, arkusze kolorowego papieru z dziurami w osobliwych, kanciastych kształtach, jojo bez sznurka, sznurek bez jojo, magnetyczny glut w metalowym puzderku, a także skórka od chleba z kanapki, chyba majowej, a może nawet kwietniowej, która cała już stwardniała oraz, co Bożka fascynowało najbardziej, panią zaś najbardziej zmroziło, porosła śmiesznym mięciusim kożuszkiem, jak gdyby w szkolnej szafce doskwierał jej chłód.
Wszystko to, razem ze świadectwem oraz książką, chłopiec przytaszczył do domu tego ostatniego dnia szkoły — a zarazem pierwszego dnia swoich pierwszych prawdziwych wakacji, które właśnie się rozpoczynały.
Plany miał na ten wspaniały czas wielkie, przeogromne wręcz.
Po pierwsze, zamierzał siedzieć do późna, najlepiej każdego wieczoru, i przeczytać wszystkie, ale to wszyściuteńkie zaległe książki, które piętrzyły się obok jego łóżka. Stos ów już trzy razy przewrócił się na Gucia, równie zafascynowanego, co zaskoczonego chybotliwością konstrukcji, zwłaszcza potraktowanej serią zamaszystych pacnięć. Cóż. Mały potwór nie od dziś ignorował co bardziej karkołomne koncepcje, których nie obejmował ani umysłem, ani macką, a grawitacja zdecydowanie była jedną z nich.
Po drugie (wskutek pierwszego), Bożek chciał wylegiwać się każdego ranka w pościeli i czytać dalej, rzecz jasna. A potem snuć się po domu w piżamie, z nieumytymi zębami i czupryną rozczochraną jeszcze bardziej niż zwykle, póki ktoś dorosły nie zauważy, że właściwie jeszcze chwila i będzie się musiał przebrać z tej piżamy… z powrotem w piżamę, żeby pójść spać, co w sumie pasowało do jego planów.
Po trzecie, postanowił precyzyjnie sprawdzić, ile czereśni pomieści człowiek typu dziecko, lat dziesięć (i pół), co jednakże wymagało dotrwania do kluczowego momentu, kiedy czereśnie dojrzeją, za to tuż przed tym, jak zainteresują się nimi szpaki i robaczki. Oraz różowe króliki. No i mama. Mama była zdolna pomieścić chyba wszystkie czereśnie świata (i jeszcze morele na dokładkę).
Po czwarte, gdyby śmiała koncepcja z piżamą całodobową nie wypaliła, Bożek planował sprawdzić, czy sięga już z czwartej gałęzi drzewa za domem do piątej albo nawet wyżej. To z kolei wymagało sporej dyskrecji, żeby dorośli nie zauważyli i nie zgłosili protestu, oraz asekuracji. Bo choć Gucio w grawitację nie wierzył, to grawitacja z pewnością wierzyła w Bożka, a on nie zamierzał się z nią kłócić.
Po piąte — i najważniejsze — musiał przysiąść w końcu fałdów nad Glutami w Podziemiach, grą bardzo przygodową, taką z fabułą, planszą, figurkami i takimi tam, nad którą pracował od kilku miesięcy. Znaczy, może tak nie do końca PRACOWAŁ. Najpierw przez trzy albo cztery tygodnie szukał tytułu idealnego i kiedy już mu się wydawało, że znalazł, przyszedł wujek Konrad i zaczął tłumaczyć, że nie ma takiego pudełka, na którym zmieściłoby się Bazyl Bazyleor, Mistszsz Szalbierstwa, i Złowrogie Gluty w Niezgłębionych Podziemiach Ciemności ze Stworami. Gra Rodzinna, i że „mistrz” pisze się jednak nieco krócej (między innymi). Ponieważ wujek znał się na tytułach, a do tego używał przykrych słów, takich jak PRZYDAWKA lub ALITERACJA, Bożek szybko pogodził się z cięciem i wykaligrafowawszy wersję skróconą na okładce zeszytu, przystąpił do spisywania fabuły. W tym samym czasie Licho z poświęceniem szykowało skomplikowaną trójwymiarową planszę z kartonu, osobistego pierza, rolek po papierowych ręcznikach i patyczków po lodach, wujaszek Turu zaś, jak zawsze nieoceniony, rzeźbił drewniane figurki bohaterów i średnio raz w tygodniu upewniał się, czy tytułowy heros aby na pewno ma być (tu zerkał do notatek) „taką fajną kozą wyposażoną w kilogram cukierków, patelnię i cymbałki”.
Po tych kilku miesiącach z wymiętolonego i zabazgrolonego zeszytu już prawie wyłaniał się pierwszy z siedemnastu scenariuszy Prawdziwej Podziemnej Przygody, wraz z zestawem dwustu pięciu Unikatowych Kart Przedmiotów i Zrządzeń Losu, z których powtarzała się zaledwie połowa. Licho wciąż tuptało po całym domu w poszukiwaniu kartonów, żeby dokleić i ozdobić kolejne piętra planszy, zanim różowe króliki znowu wtranżolą Lochy Lodowego Lamentu albo zostawią bobki w Pieczarze Przeklętej Paszczy, a wujaszek Turu nieustannie dopytywał, czy to na pewno mają być cymbałki, nie zaś, na przykład, Byczy Bęben Bojowy albo Gargantuiczny Gong Grozy. (I czy Bożek nie mógłby jednak zacząć przygody z projektowaniem gier planszowych od czegoś prostszego, jak bierki. Albo kapsle).
— Nie — odpowiadał twardo chłopiec, na co wujaszek wzdychał ciężko i wracał do rzeźbienia cymbałków, które zmieściłyby się w pudełku zapałek, i to razem z cymbalistą.
Krótko mówiąc, przez te dwa wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione miesiące wakacji Bożek zamierzał robić to wszystko, co jeszcze przed rokiem, zanim poszedł do szkoły, uważał za całkiem zwyczajne. Jasne, szkoła była dość fajna i koledzy też (z wyjątkiem tych, którzy nie byli), ale dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo mu brakowało tej niespiesznej i chaotycznej codzienności, wolnej od popędzających go ciągle wskazówek zegara. Sęk w tym, że żadnego z tych planów, choć arcyprzyjemnych, nie dało się nazwać przygodą przez dostatecznie duże Przy, żeby zaspokoić oczekiwania małego anioła w tym względzie.
— No bo wiesz — podjęło tymczasem Licho, uznawszy, że dość już manifestowania tej całej stanowczości, pora rozwinąć myśl. — Ty miałeś przygody, alleluja. Takie z emocjami i siniakami, i wyprawami, i w ogóle! A ja nie miałom ani jednej, ani w zaświatach, ani w podmiędzypiekle…
— Przednadpiekle — poprawił Bożek skrupulatnie.
— Tam też nie miałom! — zakrzyknęło Licho i tupnęło bamboszkiem dla większego wrażenia. — Nic nie miałom i nigdzie nie byłom, bo ty mnie nigdzie nie zabierasz!


I jeszcze taka malutka informacja na koniec. Ukazała się książka "Amerykańska antologia współczesnych opowiadań fantastycznych", wśród autorów którzy zostali wybrani jest Marta Kisiel. W poniższym linku macie więcej informacji:






sobota, 1 sierpnia 2020

Podsumowanie lipiec 2020

Cześć, w poprzednim miesiącu nie było podsumowania ponieważ w czerwcu robiłem sobie wakacje od czytania. Ale już po malutku wracamy do lektur.

Lista książek:


Jak widzicie nie ma tego jakoś szczególnie dużo, ale ja nigdy nie czytałem i nie mam zamiaru czytać na wyścigi. Oczywiście czasem pojawiają się pytania jak to możliwe, że ktoś przeczytał 30 książek w miesiąc ale takie osoby pewnie nie muszą chodzić do pracy i tego typu sprawy. Wracając do tematu, ja jestem zadowolony z wyniku. 
Znacie te książki, a może dopiero moja opinia/recenzja was namówiła do którejś z nich? 

John Scalzi - Serny Glob

Powieść która zaskoczyła mnie gdyż po zapowiedziach spodziewałem się iż będzie bardziej w klimatach komedii ale po skończonej lekturze stwie...