Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedź. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Hannah Kanner - Bogobójczyni [ZAPOWIEDŹ]





Tytuł: Bogobójczyni
Autor: Hannah Kaner
Cykl: Upadli Bogowie
Wydawnictwo: Jaguar
Premiera: 10 stycznia 2024









Opis wydawcy:
W krainie, w której król zabronił oddawania czci bogom i nakazał wyplenienie wszelkich bóstw, bogobójcy mają pełne ręce roboty. Nie wszystkim podoba się taki stan rzeczy. Elogast, weteran
wielkiej bitwy z bogami i przyjaciel monarchy, porzucił stan rycerski, żeby wieść spokojne życie w ustronnym miejscu i zapomnieć o wojennych koszmarach. Przeznaczenie pokrzyżuje mu jednak te plany - Elogast znowu będzie musiał chwycić za miecz. Mieczem włada także Kissen, znamienita bogobójczyni, u której rofesjonalizm przeplata się z osobistymi urazami wobec bóstw i ich wyznawców. Ich losy połączą się za sprawą pewnej dziewczynki, dziedziczki wysokiego rodu, która straciła dom i bliskich. Cała trójka wyruszy na
pełną niebezpieczeństw wyprawę w towarzystwie bożka o zwierzęcych kształtach...






















czwartek, 16 listopada 2023

Ewa Karwin-Jastrzębska - Agata z placu słonecznego [ZAPOWIEDŹ]


Tytuł: „Agata z placu Słonecznego”
Autorka: Ewa Karwan-Jastrzębska
Gatunek: literatura dziecięca
Ilustratorka: Anna Pol
Premiera: listopad 2023

     











Opis:

Zebrana po raz pierwszy w jeden tom historia Agaty oraz piątki rodzeństwa została wzbogacona o dwa niepublikowane dotąd opowiadania.

Bliźniaki Matylda i Piotruś oraz Nieznośne Trojaczki zostają w domu z nową nianią, gdy ich rodzice wyjeżdżają do Papui-Nowej Gwinei. Agata to postać tajemnicza. Pojawia się i znika, nie wiadomo, skąd pochodzi i kim tak naprawdę jest. Pewne jest tylko jedno – pod jej skrzydłami dzieciakom nie stanie się krzywda. Nawet gdy będą rozwiązywać Tajemnice przez duże T!

„To ona sypnie z nieba gwiazdki spełniające życzenia, pokona ciemną stronę Drzewa Czasu i wreszcie ubierze nocą miasto w girlandy białych koronek” – pisze o Agacie doradczyni metodyczna Joanna Wenek.


Literatura dla dzieci może też być wyzwaniem dla dorosłych. Chciałabym, aby budziła w nich naiwność i zachwyt pierwszej lektury dziecka, którym przecież gdzieś w środku każdy pozostaje.

Ewa Karwan-Jastrzębska

czwartek, 14 września 2023

Rebecca F. Kuang - Yellowface [ZAPOWIEDŹ]



Tytuł: Yellowface
Autor: Rebecca F. Kuang
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 27 września 2023

YELLOWFACE, R.F. Kuang; Świetna lektura. Zbrodnia, satyra, horror, paranoja, kwestie tożsamości kulturowej i przywłaszczenia. A wszystko w sosie trwającej w mediach społecznościowej inby. Ponad wszystko, to jednak znakomita opowieść. Książka, którą trudno odłożyć, a jeszcze trudniej zapomnieć.

Stephen King



Zaczyna się od niespodziewanej śmierci. A później napięcie rośnie dosłownie odbierając oddech, aż do finału, który zaciska się na gardle niczym pętla. Finału, w którym katharsis przeplata się ze stadium szaleństwa a my, nawet poznawszy całą historię, nadal nie jesteśmy pewni, kto jest ofiarą a kto czarnym charakterem. A może, jak w życiu, w tej historii nie ma czarnych charakterów i niewinnych ofiar. Może są tylko mniej lub bardziej zdeterminowane postaci. Ludzie w różnym stopniu zanurzeni w szambie wyścigu po sukces i z nierówną furią obrzuceni błotem przez "opinię publiczną".

"Yellowface" pokazuje rynek wydawniczy, działanie social mediów i drogę do spełniania marzeń od strony, której nigdy nie chcielibyście oglądać. A jednak nie odłożycie tej książki, dopóki nie przeczytacie ostatniej strony.




***

Przebojowy bestseller New York Timesa!


Niewinne kłamstewka. Czarny humor. Fatalne konsekwencje. Juniper Song, wschodząca gwiazda literatury nie jest tym, za kogo się podaje, nie jest autorką książki, pod którą się podpisała, a przede wszystkim nie jest amerykańską Azjatką. To najkrótsze możliwe streszczenie przejmującej a jednocześnie przezabawnie kąśliwej powieści R.F. Kuang, autorki bestsellerowej powieści Babel.

Dwie młode pisarki, June Hayward i Athena Liu miały zostać bliźniaczymi gwiazdami na literackim firmamencie: w tym samym momencie skończyły studia na Yale, w tym samym roku wydały debiutanckie powieści. Lecz to Athena została ulubienicą czytelników i całej branży wydawniczej, a książka June nie doczekała się nawet wydania w miękkiej oprawie. Cóż, myśli June, nikogo nie interesują opowieści o przeciętnych, białych dziewczynach.

Tak więc, kiedy Athena ginie w koszmarnym wypadku, June, która była jego świadkiem, działa odruchowo: kradnie rękopis najnowszej książki przyjaciółki, eksperymentalnej powieści opisującej zapomniane losy chińskich robotników wspomagających w czasie pierwszej wojny światowej brytyjsko-francuski wysiłek wojenny na europejskim froncie zachodnim.

Co złego się stanie, jeśli June zredaguje rękopis Atheny i wyśle agentowi jako własny utwór? Co złego w tym, że pozwoli wydawnictwu nadać sobie pseudonim Juniper Song – a także uzupełnić go dwuznaczną pod względem rasowym fotografią na okładce? Czyż ten zapoznany fragment historii nie zasługuje na opowiedzenie, bez względu na to, kto go opowie? Tak twierdzi June, a lista bestsellerów New York Timesa zdaje się ją popierać.




June nie jest jednak w stanie wyjść z cienia Atheny, a wychodzące na jaw poszlaki zagrażają (nieuczciwie osiągniętemu) sukcesowi młodej autorki. Starając się ochronić swą tajemnicę, dziewczyna odkrywa, do czego jest w stanie się posunąć by zachować to, na co w swoim mniemaniu zasługuje.

Yellowface, posługując się pochłaniającą pierwszoosobową narracją, podejmuje kwestie różnorodności, rasizmu i kulturowego zawłaszczenia, istotne nie tylko w branży wydawniczej, lecz jako problem tłumienia w białym społeczeństwie Zachodu głosu amerykańskich Azjatów. Powieść R.F. Kuang jest aktualna i ostra jak brzytwa, a przy tym wspaniale się ją czyta.






poniedziałek, 11 września 2023

Jacek Komuda - Zawisza 2: Złamany Półksiężyc [ZAPOWIEDŹ]






Tytuł: Zawisza 2 - Złamany Półksiężyc
Autor: Jacek Komuda
Seria: Zawisza
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 15 września 2023







Opis wydawcy:

Tylko zjednoczeni zwyciężą. Podzielonych rozdziobią kruki, a popędliwych rozszarpią psy sułtana.

Turecka nawała przetacza się przez Europę. Zajęty Widyń, Bałkany, sułtańskie wojska stoją na granicy Węgier.
Świat chrześcijański oczekuje, by miecz, który niegdyś poraził Krzyżaków, teraz walczył w obronie wiary.
Na wezwanie Zygmunta Luksemburczyka odpowiada wielu - jedni z żądzy łupów, inni zwabieni widmem wojennej chwały, jeszcze inni dla pokuty.
Pod sztandarem Zawiszy Czarnego miejsce znajdzie każdy, kto serce ma mężne a ramię silne. Nieuchronnie jednak jakaś dłoń zbliża się do sztyletu i ma tylko jeden cel: dokonać zemsty.

Sprawiedliwość wywyższa naród, a grzech zaniechania czyni ludy nędznymi.




Fragment:

Gniew tyrana
Najjaśniejszy panie i królu! – Głos Ścibora ze Ściborzyc był beznamiętny; jakby przemawiał kupiec albo patron w sądzie, wygłaszając sakramentalne: wóz albo przewóz. – Albo wyjdziemy w pole i przyjmiemy bitwę, albo czekamy. Wówczas sułtan na pewno nie zapomni o nas, kiedy rozprawi się z Francuzami i Burgundami!
Albo też uciekniecie i okryjecie się śmiertelną infamią...
Tych słów Ścibor już nie wypowiedział. Nie trzeba ich było mówić, były logicznym dopełnieniem wywodu, godziły w Luksemburczyka jak strzały w Świętego Sebastiana.
– Nie porzucimy, królu, z takim trudem zebranej krucjaty, wojsk i świętych mężów. Nie chciałbyś chyba dodać złych przydomków do imion nas wszystkich – odezwał się Mircza Stary.
Zygmunt podniósł rękę zaciśniętą w pięść.
– Grajcie do ataku. Dziej się wola Boża...
Odezwały się trąby, słabo, jakby pobrzmiewały w nich chwiejne wola i wiara króla.
Dopiero po chwili zagrzmiały mocniej.
– Proszę, wy też się boicie – wyszeptał Wolkenstein, widząc, jak Mikołaj z Garbowa podnosi zasłonę basinetu i całuje krzyż. – A mnie strofowaliście...
Polak opuścił krzyżyk na folgi kołnierza zbroi.
– Tylko głupcy nie znają strachu. A zdrajcy boją się po dwakroć. Lękam się jak każdy, lecz najbardziej o moich synów. Zostawiłem w domu trzech. Jana Farureja starszego, Piotra najmłodszego i średniego. Średni to...
Wolkenstein nie słuchał.
– Średni to Zawisza. Chłopak jak złoto. Jednak... wolę tu zginąć, niż miałby się dowiedzieć, że jego ojciec był tchórzem.
Przebrzmiały trąby, podniosły się proporce. Ogromna fala jeźdźców najeżona ostrzami poczęła równo i wyniośle postępować w górę, pod wzgórza. Najpierw ruszyły węgierskie banderie lewego skrzydła, lżej uzbrojone niż Burgundowie. Tylko panowie, żupani i banowie byli w pełnych zbrojach, w basinetach ze spiczastymi zasłonami, niektórzy w przestarzałych krecich pyskach albo hełmach bez zasłony. Pozostali w płatach, w kolczugach, czeladź i giermkowie w osłonach ze skór, inni w kirysach na przeszywanicach. Ich konie były mniejsze, zwinniejsze, bez kropierzy i pancerzy; czasem w tłumie mignął nakarczek lub naczółek. Banderie prowadzili z obu skrzydeł Leusták Jolsvai, palatyn Węgier, i Miklós II Garai, ban Chorwacji i Dalmacji, obaj z pocztami wielkimi niczym całe chorągwie. Za nimi postępowały doborowe chorągwie niemieckiej jazdy zaciężnej, w pełnych zbrojach, wiedzione przez Filiberta de Naillac, mistrza joannitów z Rodos.
Oddalali się od Nikopolis, niezdobytej twierdzy, pozostawiając pod nią piechotę i kuszników; coraz wyraźniej zwiększał się odstęp pomiędzy ogromną czerwono-błękitno-brązową masą jazdy a szarobrązową ćmą pachołków. Wreszcie dowódcy kazali zagrać krótko i ława jeźdźców ruszyła szybciej, rysią. Równy dotąd szyk od razu zafalował, zaczął się rozłamywać; jedne banderie szły szybciej, inne wolniej, rycerze wyprzedzali giermków, ci doganiali ich galopem, w tumanach kurzu, z tyłu dreptały pochodowe konie strzelców i pachołków.
Podjeżdżając pod wzgórze, zalali je niczym wiosenna powódź, podeszli pod górę, aż wreszcie ukazała im się pofalowana równina opadająca w dół. Tam wrzała jeszcze bitwa, unosiły się kłęby pyłu, ledwie dostrzegalnie błyskała stal. I nagle, najpewniej na rozkaz sułtana lub jego wezyra, z kłębowiska zaczęły wyłaniać się gromady jeźdźców i formować długie linie konnych oddziałów.
– Na co czekacie? – krzyknął Zygmunt do swoich przybocznych i dowódców. – Oni wciąż walczą. Zróbcie coś! Od czego jesteście!
Jazda schodziła ze wzgórz, prosto na równinny teren przed jarami kończącymi się z prawej, zachodniej strony spaloną, zrujnowaną wioską. Szła siłą rozpędu na Turków i ich sprzymierzeńców, coraz bliżej...
Palatyn Węgier skinął głową na gońców, dał znać trębaczom, każąc się zatrzymać.
Opadły proporce, pochyliły się chorągwie, trąby zagrały długo. Idące kłusem rycerskie hufce poczęły stawać.
– Wyrównać szyk! – rozkazał Jolsvai Leusták. – Jedźcie!
Gońcy ruszyli wzdłuż banderii, okrzykując przedchorągiewnych rycerzy i chorążych. Zastępy poczęły falować, rwać szyk, by zaraz odtwarzać go na nowo; Węgrom szło sprawniej, bo szli po prostu w kilku szeregach, w formacji przypominającej prostokąt, ale Niemcy przez długą chwilę szarpali się z końmi, niektórzy wręcz wyrywali do przodu, aby zaraz potem zawrócić i wciskać się w swoje miejsce w kolumnie jeźdźców.
– Patrzcie! – zakrzyknął Ścibor ze Ściborzyc. – Wolkenstein, wytęż wzrok. Tam, koło wioski!
Za chwilę zobaczyli to już wszyscy – w nowych tumanach kurzu zza glinianych domostw i resztek płotów wynurzała się konnica... Zupełnie inna niż turecka. Wojownicy w zbrojach, nieraz piękniejszych niż pancerze węgierskich rycerzy. Błyskający stalą, żółcią i brązem.
To nie byli Turcy! Nie mogli nimi być!
– Co widzicie!? – zakrzyknął Ścibor do Wolkensteina. – Mówcie, zawierzam waszym młodym oczom.
Królewski paź wytężył wzrok, zmrużył błękitne oczy.
– Widzę chorągiew, piękny, krasny gonfanon. Nad nim złocisty ptak, dwugłowy orzeł z dwoma trąbami. Szlachetny władco, to Serbowie.
– Stefan Lazarević.
– Na Boga, idzie nam z pomocą!
– Nie – pokręcił głową Ścibor. – Przyszedł na naszą zgubę.
– Dwie głowy orła są jak smocze łby – powiedział ponuro Wolkenstein.
Serbowie rozpędzali się. Ogromna rzesza konnych rycerzy, zbrojnych nie gorzej niż wasale Zygmunta. Narastał łoskot kopyt i ryk, krzyk nacierających rycerzy, rozpaczliwy, smutny, jakby krzyczeli nie atakujący, ale zwyciężani.
– Trąbić do ataku! – wydał rozkaz palatyn Leusták.
Ryk trąb, rżenie wierzchowców, przez chwilę panował nieład. Pierwsze zaczęły zrywać się do szarży węgierskie banderie, lotne jak ptaki. Chwila i szli już mocnym, rozfalowanym galopem, kołysząc się w siodłach, pochyleni do przodu. Z łopotem proporców opadł w dół las kopii i wtedy jeźdźcy odpuścili wodze, dodając koniom pędu ostrogami.
Polscy rycerze przyboczni przyjęli ciężkie kopie od giermków; wysunęli się karnie do przodu, zasłaniając króla Zygmunta murem tarcz, kirysów i zbroi. Z tyłu trzymał się Wolkenstein z proporcem, dalej giermkowie i służba. Ruszyli ciężkim kłusem, od razu weszli w galop, nabierając pędu...
Czasu nie było. Nagle ujrzeli na wprost siebie rozkołysaną linię żelaznych jeźdźców serbskich, ich pochylone głowy, ramiona i ręce trzymające wyciągnięte kopie! Mało miejsca na rozpęd. Za mało...
Jedno uderzenie, dwa, trzy ciosy, błysk; zderzyli się!
Nadeszła chwila, w której wszystko działo się za szybko, jak we śnie, jakby ludzki umysł nie nadążał za chwilą, w której dwie ławy ciężkozbrojnych rycerzy wpadły na siebie w pędzie, godząc kopiami w hełmy, piersi, tarcze! Moment, kiedy rycerski instynkt wyrobiony w ćwiczeniach, turniejach, walkach działa szybciej niż myśl, kiedy pamięć zakuta w ramionach, nogach, instynkt bojowego konia warte są więcej niż rozsądek. Kiedy nie ma czasu niczego przemyśleć. Po prostu zawierucha, bój, śmierć!
Z trzaskiem pękających tarcz i zbroi zwalili się z siodeł rycerze, padły konie, czasem zrzucając i przygniatając jeźdźców. Inne zrywały się, kopiąc i wierzgając jak furie.
I wtedy spoza końskich pysków okrytych żelaznymi naczółkami, zza chaosu przewracających się zbrojnych wypadł rycerz w błyszczącej, niczym nieosłoniętej zbroi. Z nastawioną kopią, walił prosto na ogromną chorągiew króla Węgier, godząc grotem w sam środek okutej mosiądzem włoskiej płyty Zygmunta Luksemburczyka. Huk, tętent kopyt, wszystko jak we śnie!
I jak we śnie przed króla wysunął się rycerz w prostej, okrytej tuniką zbroi, z polską Sulimą na tarczy, z nastawioną, naszykowaną do uderzenia kopią. Uderzył krótko, w jednej chwili zmiótł z siodła szarżującego Serba, odrzucił ułomek drzewca i...
Dostał z boku, spadł, runął pod konia, ten jednak nie stratował go, wspiął się trochę, jednak wytrzymał bitewny szał i zamęt! Tuż obok bili się pozostali Polacy, zrzucani z siodeł, rąbiący mieczami w koło, bo mrowie przeciwników zacieśniało krąg wokół nich, napierając końmi. Tnąc, kłując, rąbiąc, zwalając wrogów.
Wielka chorągiew Węgier dzielona w słup, z czerwono-białymi pasami na lewym i stającym dęba gryfem Zygmunta na prawym polu, zachwiała się, padła...
Trzask! – wyleciał z siodła królewski chorąży, łamiąc kopię, której drzewce wciąż tkwiło w jego ciele. Podniósł się wrzask, jęk bólu w zamęcie bitwy.
– Turcy! Turcyyy! – rozległy się krzyki.
I rzeczywiście, za Serbami nadlatywali już lotni, szybcy i zwinni osmańscy jeźdźcy, zamykając luki, obchodząc z boków Węgrów i Niemców, zamykając kolisko wokół krzyżowców, równie sprawnie jak wcześniej wokół Burgundczyków, Francuzów i Anglików.
– Panie, ratuj Węgry! Uchodzimy! – krzyczał nadworny rycerz Hermann Cilli. – To koniec! Koniec.
Zygmunt nie potrzebował nic dodać. Obrócił konia, oddając wodze w ręce Hermanna i Jana, burgrabiego Norymbergi, który dziwnym trafem znalazł się tuż obok. Skinął na Ścibora ze Ściborzyc.
– Opuszczam pole – wycharczał. – Prowadźcie w imię Boże...








poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Zapowiedzi wrzesień 2021


Tytuł: „Druga Szansa”
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Liczba stron: 336
Data premiery: 29 września 2021
Wydawnictwo: Uroboros













Opis wydawcy:



Książka, która zainspirowała twórców serialu Netflix „Otwórz oczy”! Niesamowicie wciągająca, tajemnicza i na długo zapadająca w pamięć.

PRZERAŻAJĄCY OŚRODEK, LEKARZE JAK Z HORRORÓW I NIEPOKOJĄCY BRAK PAMIĘCI. WITAJ W DRUGIEJ SZANSIE!

Czy największe koszmary rodzą się rzeczywiście w naszych umysłach? A może najgorsze czai się tuż za plecami?

Julia budzi się w tajemniczym szpitalu. Nie poznaje własnego odbicia w lustrze, nie pamięta, jak się tu znalazła. Z czasem dowiaduje się, że cała jej rodzina zginęła w pożarze. Jedynie Julii udało się przeżyć, choć na skutek odniesionych obrażeń straciła pamięć. Nazwa ośrodka, Druga Szansa, powinna dawać pacjentom nadzieję... Co jednak myśleć o kobiecie, która wróży Julii śmierć, pojawiającej się nagle nieznajomej dziewczynie i szeptach rozbrzmiewających dookoła? Dzieje się tu coś dziwnego i trudnego do wyjaśnienia. Julia jest coraz bardziej zagubiona i przerażona, a leczenie nie przynosi pożądanych efektów. Co zrobi w sytuacji, w której z każdym dniem traci zaufanie nawet do samej siebie?

Rewelacyjna, pełna grozy i zaskakująca mrocznym klimatem, kilkakrotnie wznawiana powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk wciągnie każdego, kto ma ochotę na lekturę z dreszczykiem i... nie tylko.

Fragment

Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza. Czułam się, jakbym zbyt długo znajdowała się pod wodą. Palący ból rozsadzał moją klatkę piersiową. Głębokie oddechy przynosiły ukojenie. Chropowaty dźwięk wdychanego powietrza szumiał mi w uszach. Rozkaszlałam się. Miałam zawroty głowy.
Co się dzieje?
Otworzyłam oczy. Zaczęły gwałtownie łzawić porażone ostrym światłem, skierowanym prosto na mnie. Zasłoniłam je sztywnymi dłońmi. Płuca wciąż domagały się tlenu. Starałam się oddychać spokojniej, by stłumić dławiącą w gardle panikę.
Moje ręce… Były takie obce. Nie moje.
Ciepłe łzy płynęły po policzkach.
Cisza dookoła.
‒ Boję się… ‒ szepnęłam.
Matowy, martwy głos, nienależący do mnie.
Dotknęłam opuszkami palców włosów, twarzy, szyi… Dłonie powoli zaczynały mnie słuchać. Czuły.
Uchyliłam powieki. Światło już mnie tak nie oślepiało. Naprzeciwko łóżka, w którym leżałam, znajdowało się szeroko otwarte, zakratowane okno. Za nim widziałam tylko ciemność
wieczoru. Nad moją głową syczała cicho świetlówka. To jej zimne promienie padały na moją twarz. Nie raziły tak mocno, jak mi się wydawało, gdy pierwszy raz otworzyłam oczy. Z powrotem zacisnęłam powieki, starając się uspokoić. Powoli oddychałam, już nie krzyczałam o powietrze.
Nic złego się nie działo. Po prostu się obudziłam. Wszystko jest dobrze ‒ powtarzana w głowie mantra uciszała rodzący się we mnie krzyk. Tylko co mnie obudziło? Światło? Syk świetlówki?
To zwykły wieczór. Taki jak każdy poprzedni.
Poprzedni?
Wciąż nie otwierając oczu, oderwałam dłonie od twarzy.
Przesunęłam je na szyję, piersi, brzuch. Sunęły po pościeli. Szorstkiej, niemiłej w dotyku. Poruszyłam nogami. Ciało wciąż reagowało z pewnymi oporami. Brakowało mu płynności ruchu. Otworzyłam oczy i odwróciłam głowę na bok. Przed sobą miałam podniesioną barierkę szpitalnego łóżka. Przesunęłam palcami po chłodnym metalu pomalowanym białą farbą, której płaty odłaziły gdzieniegdzie od rurek. Za poręczą zobaczyłam wnętrze maleńkiego pokoju. Brzoskwiniowe ściany, okrągły beżowy dywanik, puste biurko, krzesło, regał z książkami, szafa, uchylone drzwi do pogrążonej w ciemnościach łazienki oraz drugie, zamknięte, prowadzące chyba na korytarz.
Nie pasowało tu jedynie szpitalne łóżko i…
…i ja.
Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie wiedziałam, co tu robię. Z wysiłkiem usiadłam. Zawroty głowy zmusiły mnie do złapania się barierki. Z kolejnym ruchem poczekałam do czasu, aż miną. Beżowy dywan zlewał mi się przed oczami ze ścianami. Szalony wir powoli hamował. Gdy już byłam pewna, że się nie przewrócę, szarpnęłam za blokadę. Metalowa barierka zatrzasnęła się z hukiem.
Skąd wiedziałam, gdzie jest zamek?
Spuściłam nogi na podłogę. Gołe stopy dotknęły zimnych paneli. Zadrżałam. Ten pokój był tak bezosobowy. Tak pusty. Niepewnie stanęłam na nogach. Strzeliło mi w kręgosłupie, zupełnie jakbym dawno go nie używała. Spróbowałam zrobić krok. Świat wykonał nieoczekiwany zwrot przed moimi oczami.
Góra zamieniła się miejscami z dołem.
Przewróciłabym się, gdybym nie oparła się o ścianę.
Czułam własną niemoc i nie rozumiałam, skąd się wzięła.
Nigdy tak nie było.
Nigdy?
Ruszyłam, trzymając się ściany. Chciałam dojść do zamkniętych drzwi. Zobaczyć, co jest za nimi.
Czemu nie wiedziałam, gdzie jestem? Co się działo?
Nogi powoli zaczynały mnie słuchać. Ominęłam biurko, wspierając się na krześle. Złapałam się półki regału. Przesunęłam palcami po zniszczonych książkach. Tytuły na okładkach wydały mi się znajome, jednak to odczucie szybko znikło. Już nie potrafiłam umiejscowić ich w pamięci.
Zbita z tropu zawróciłam i porzuciłam na razie pomysł wydostania się z pokoju. Podeszłam do szafy, której drzwi otworzyłam. Na półkach leżało kilka podkoszulków, głównie czarnych. Złożone, pachnące nowością dżinsy. Metka z urwaną ceną jeszcze wystawała z kieszeni, zaczepiona o szlufkę. Niebieski sweter jako jedyny wisiał na wieszaku.
Wszystko było nowe.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Autor: Peter V. Brett
Tytuł: Pustynny Książę
Seria: Zmrok
Premiera: 29 wrzesień 2021















Opis wydawcy:

Ich rodzice ocalili ludzkość. Oni będą musieli ją poprowadzić.

Od zejścia Wybawiciela do Otchłani minęło piętnaście lat.
Nowy świat stał się miejscem względnie bezpiecznym, a ludzie prawie zapomnieli, czym jest prawdziwy strach przed Nocą.
Dzieci tych, którzy wygrali wojnę z demonami, dorastają w cieniu niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Wyniesione na piedestał przez bohaterstwo rodziców, zachłannie pragną stać się częścią świata, nie tylko jego obserwatorami. Zbuntowane przeciw niezrozumiałym regułom, nie wiedzą nawet ile razy śmierć wyciągała po nie ręce. Czas jednak nieuchronnie ucieka i dzieci stają się młodymi dorosłymi. Tajemnice, z których utkany jest bezpieczny świat Olive i Darina będą musiały ustąpić brutalnej rzeczywistości. Nadchodzi moment, gdy dzieci będą musiały odpowiedzieć za przeszłe decyzje rodziców i poprowadzić ludzi do kolejnej walki na śmierć i życie.

CYKL ZMROKU, który rozpoczyna tom "Pustynny Książę" to zupełnie nowa przygoda osadzona w dobrze znanym świecie CYKLU DEMONICZNEGO

sobota, 3 lipca 2021

Patricia Briggs - Ślad Dymu [ZAPOWIEDŹ]

Ja sobie czytam "Płonącego Boga", czyli zakończenie serii "Wojny Makowe", a tym czasem już 21 lipca nowy tom serii z Mercedes Thompson. 


Wydawnictwo: Fabryka Słów

Opis wydawcy:

Nazywam się Mercedes Athena Thompson Hauptman.
Mam tylko dwie supermoce – umiem zmienić się w kojota i naprawić każdego Volkswagena. Ale mam niecodziennych przyjaciół i wspiera mnie stado wilkołaków. Na szczęście, bo wygląda na to, że tym razem będę potrzebowała pomocy ich wszystkich.
Wieki temu magiczne istoty mieszkały w Podgórzu, czarodziejskiej krainie. Ta jednak zatrzasnęła przed nimi swe podwoje. Pradawni pozostawili po sobie wielkie zamki i skarbce pełne magicznych artefaktów. Porzucili swoich więźniów i pupili. Pozostawione samym sobie stwory zaczęły swobodnie grasować w Podgórzu siejąc chaos i spustoszenie. Przeżyły tylko te najbardziej zabójcze.
Teraz jeden z tych więźniów przedostał się z magicznej krainy do naszego świata. Żyje, by siać chaos i zniszczenie. Może przybrać kształt każdego człowieka, każdej istoty, którą wybierze. A dzięki ugryzieniu może przejąć kontrolę nad umysłem każdego i zmusić go do wszystkiego - nawet zabicia ukochanej osoby. Teraz, ten potwór jest tutaj, w Tri-Cities. Na moim terytorium.
Nie może tu pozostać.
I nie pozostanie.
Nie, jeśli ja mam w tej sprawie coś do powiedzenia.

Seria z Mercedes Thompson:



Książki o Mercedes Thompson to absolutnie bestsellerowa seria cieszącego się niesłabnącym zainteresowaniem gatunku – urban fantasy.

Pierwsza z serii książka „Zew Księżyca” wydana w USA 2006 szybko zyskała sobie przychylność krytyków i pojawiła się na liście USA Today, drugi tom wszedł na listę bestsellerów New York Timesa, a trzeci trafił na sam jej szczyt. Fabryka Słów w 2008 roku wydała po raz pierwszy przygody sympatycznej mechanik, Mercedes Thompson, i od tej pory książki z tej serii cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem.

Książki z serii wydane w Fabryce Słów:
Zew księżyca
Więzy krwi
Pocałunek żelaza
Znak kości
Zrodzony ze Srebra
Piętno Rzeki
Żar mrozu
Zamęt nocy
Dotyk Ognia
Czas Ciszy
Klątwa burzy
Ślad dymu

O autorce:

Urodzona w 1965 roku Patricia Briggs jest najlepiej znana Czytelnikom jako autorka serii urban fantasy o przygodach niezwykłej mechanik, Mercedes Thompson. Zadebiutowała w 1990 roku powieścią „Masques”, która sprzedawała się tak fatalnie, że Briggs niemal zakończyła na niej swoją literacką karierę. Na szczęście nie poddała się.
Kolejne książki notowały coraz lepsze wyniki sprzedaży i coraz przychylniejsze opinie krytyków. Pierwszy tom przygód Mercedes Thompson dostał się na listę USA Today. Drugi przetarł powieściom Briggs drogę na listę bestsellerów New York Timesa. Szczyt tej list zdobył tom trzeci.
Obecnie autorka mieszka w stanie Waszyngton, pracuje nad kolejnym tomem serii o Mercedes Thompson i niestrudzenie podąża za swoimi marzeniami.

piątek, 11 czerwca 2021

Pan Lodowego Ogrodu [ZAPOWIEDŹ]

Cześć, przychodzę do Was z taką szybką informacją o planowanym nowym wydaniu serii "Pan Lodowego Ogrodu", Jarosława Grzędowicza. Osobiście mam wydanie z Kolekcji Mistrzów Polskiej Fantastyki i chociaż to nowe bardzo mi się podoba to jednak nie skuszę się. Jednakowoż jeżeli jeszcze nie mieliście okazji poznania tej historii, albo czytaliście wersję elektroniczną to już 18 czerwca ukażę się pierwszy tom tego nowego wydania.




Premiery poszczególnych tomów:

Tom 1 - premiera 18 czerwca
Tom 2 - premiera 19 lipca
Tom 3 - premiera - wrzesień 2021
Tom 4 - premiera listopad 2021


czwartek, 20 maja 2021

Jarosław Grzędowicz - Popiół i Kurz [Szybka zapowiedź]

Cześć, ja tylko na chwilę aby powiadomić Was iż Fabryka Słów zaplanowała na 4 czerwca, nowe wydanie powieści Jarosława Grzędowicza "Popiół i Kurz".



Opis wydawcy:



Nie wiadomo, czy istnieją niebiosa. Nie wiadomo też, czy istnieje piekło. Jedyne, co jest pewne, to popiół i kurz zalegające piętro wyżej.

Tu każdy przedmiot, myśl, uczucie mają swoje Ka – odbicie świata materialnego. Tu pełzają myślokształty, zbierają się skeksy – demony nagłej śmierci, tu przenika zło chcące pożreć, zawładnąć twoją duszą.

Tu wędrujesz Ty, gdy nie zdajesz sobie sprawy, że właśnie umarłeś.

Witaj w świecie Pomiędzy!

Pod cierniowym krzyżem, na którym wisi rozpięty mnich. Mnich, który poznał tajemnicę tego świata i musiał umrzeć dla niej, pozostawiając swojemu przyjacielowi swoisty testament: sięgaj głęboko i znajduj odpowiedzi.
 
Ilustracje Dominik Broniek

Fragment:

Uważaj na ciernie – powiedział mój martwy przyjaciel. Nad jego głową po szarobrudnym niebie kłębiły się i sunęły nienaturalnie szybko chmury. Wszystko tonęło w żółtym, burzowym świetle, jak sepiowana fotografia. – Uważaj na ciernie. Chciałem coś powiedzieć, ale miałem wrażenie, że sklejono mi wargi plastrem. Mój martwy przyjaciel zwisał z krzyża, ciężko, jak na gotyckim krucyfiksie. Palce miał zakrzywione niczym szpony, strugi rdzawej, niemal czarnej krwi toczyły mu się wzdłuż ramion, ale w nadgarstki ani grzbiet skrzyżowanych stóp nie wbito łbów bretnali. Tkwił na drewnie dzięki cierniom, które porastały słup i belkę. Mój świątobliwy przyjaciel. Przygwożdżony dziesiątkami twardych jak żelazo, długich na dłoń cierni, jakby krzyż był afrykańskim drzewem akacji. Nie mogłem niczego powiedzieć, nie mogłem krzyczeć. Chwyciłem się za twarz, pomiędzy nosem a podbródkiem namacałem tylko gładką skórę. Moje usta znikły. Nie znalazłem ust! Mój przyjaciel dusił się, zwisając z belki, z płucami zgniecionymi pod własnym ciężarem. Dźwignął się na ramionach i przebitych stopach, drąc ciało kolcami i wypuszczając kolejne potoki krwi. Dźwignął się ku oszalałemu niebu, usiłując złapać oddech.
– Uważaj na...
I wtedy zadzwonił telefon. Wypadłem w świat żywych jak wynurzająca się łódź podwodna. Miałem wrażenie, że rzeczywistość eksploduje wokół mnie jak woda, że rozpada się w fontannie srebrzystych kropli. Siedziałem wśród zmiętej pościeli, łapiąc oddech niczym ryba. Telefon dzwonił nadal. Nie ma bodaj nic gorszego niż dzwonek przeklętego aparatu w środku nocy. Nigdy nie oznacza niczego dobrego. Nie mam pojęcia dlaczego, ale mieszkańcy tej planety nigdy nie budzą cię telefonem, żeby powiedzieć, że wygrałeś milion dolarów, odziedziczyłeś majątek, przyjmują cię do pracy albo nominują do nagrody. Lekarz nie zadzwoni o trzeciej rano, żeby powiedzieć ci, że jednak jesteś zdrowy. Takie rzeczy mogą poczekać. Natomiast żeby poinformować cię o tym, że ktoś z twoich bliskich nie żyje, zostałeś zrujnowany, deportowali cię do Mongolii, coś spłonęło albo wybuchła zaraza, powiedzą ci natychmiast, będą dobijać się do drzwi, wywloką z wanny, wyciągną z łóżka. Zupełnie jakby nie mogli znieść myśli, że jeszcze przez kilka godzin będziesz żył normalnie i chcą ci zwalić niebo na głowę bez najmniejszej zwłoki. Jedyne, co nie może poczekać do rana, to właśnie te rzeczy, na które nic nie będziesz mógł poradzić.

 


sobota, 10 października 2020

Zapowiedzi październik i listopad

 


14 października "Star Wars. Thrawn. Zdrada" Timothy Zahn, wydawnictwo Uroboros

W tej niesamowitej powieści z uniwersum Gwiezdnych Wojen, która wyszła spod pióra autora bestsellerów Timothy’ego Zahna, wielki admirał Thrawn staje przed ostateczną próbą: musi udowodnić swoją lojalność wobec Imperium. „Jeśli zdecyduję się służyć Imperium, będziesz miał moją lojalność” – taką obietnicę złożył Imperatorowi Palpatine’owi wielki admirał Thrawn podczas ich pierwszego spotkania. 

Od tamtej pory Thrawn stał się jednym z najskuteczniejszych narzędzi Imperium, ścigającym jego wrogów na najdalszych nawet obrzeżach znanej galaktyki. Chociaż jednak wielki admirał jest jedną z jego najskuteczniejszych broni, Imperator nie przestaje marzyć o czymś znacznie bardziej niszczycielskim.
Teraz, gdy jego program produkcji TIE Defenderów zostaje wstrzymany na rzecz utrzymywanego w sekrecie projektu budowy Gwiazdy Śmierci dyrektora Krennica, dociera do niego, że potęgę w Imperium mierzy się czymś więcej niż tylko biegłością w sztuce wojskowości czy skutecznością taktyki. Nawet najtęższy umysł nie może konkurować ze zdolnością do unicestwiania całych planet.
A podczas gdy Thrawn robi, co w jego mocy, by zagwarantować sobie stabilne miejsce w imperialnej hierarchii, jego były asystent, Eli Vanto powraca, przynosząc głęboko niepokojące wieści dotyczące ojczyzny Chissa. Geniusz strategiczny Thrawna musi tym razem pomóc mu dokonać wyjątkowo trudnego wyboru: dochować wierności Dynastii Chissów… czy pozostać lojalnym wobec Imperium, któremu poprzysiągł służyć. Nawet, jeśli podjęcie właściwej decyzji oznacza zdradę.

14 października "Ja, potępiona", Katarzyna Berenika Miszczuk, wydawnictwo W.A.B

W wyniku kolejnej diabelskiej intrygi była diablica i niedoszła anielica Wiktoria po raz kolejny umiera, w efekcie czego trafia do Tartaru. Miejsca tak strasznego, że nie mają tam wstępu nawet istoty nadprzyrodzone. Żeby się stamtąd wydostać, będzie musiała zawiązać dość niewygodne dla niej sojusze, a także przechytrzyć demoniczną Elżbietę Batory. Królową, która chce ją pozbawić mocy. Na szczęście Beleth, sprawca całego tego zamieszania, o niej nie zapomni.

28 października "Ja, ocalona", Katarzyna Berenika Miszczuk, wydawnictwo W.A.B.

Była diablica i niedoszła anielica Wiktoria Biankowska powraca!

Minęło dziesięć lat odkąd udało jej się wydostać z Tartaru i ocalić zaświaty, a także swoją miłość przed zniszczeniem. Wszystko powinno być pięknie, ale… jej związek się rozpada, a świat zmierza jak zwykle w stronę nieuchronnego końca. Wiktorii w żadnym razie to nie dziwi. Z diabłami przecież nigdy nie można się nudzić!
Lucyfer zmaga się z depresją, jednak zamiast przyjąć pomoc od życzliwych mu osób postanawia przyspieszyć Apokalipsę. Azazel niebawem ma wyjść z anielskiego więzienia, do którego trafił podczas próby wciśnięcia guzika WIELKIEEEGO KATAKLIZMU. Beleth tuła się po świecie usiłując odnaleźć mitycznego ifrita, który zaginął przed wiekami. Z kolei Wiktoria zostaje zatrudniona przy produkcji anielskiego programu Top Angel. Do gry dołącza cherubin Uzjel, skazany na wieki odosobnienia Metatron oraz cała gama znanych i mniej znanych postaci historycznych.
Czy świat czeka zagłada? Czy Wiktoria pogodzi się z Belethem? I co się stało z kotem Behemotem? Jak ułożył sobie życie Piotr? Żeby się tego dowiedzieć, przeczytajcie koniecznie finałowy, oczekiwany przez czytelników przez niemalże dziesięć lat, tom cyklu diabelsko-anielskiego.





"Cyberpunk Girls. Opowiadania", antologia opowiadań, wydawnictwo Uroboros

"Cyberpunk Girls. Opowiadania" to zbiór cyberpunkowych opowiadań polskich autorek. I tych znanych i docenionych, i tych jeszcze nieodkrytych. Poznaj zawiłe ścieżki wyobraźni cyberpunk girls i wybierz świat dla siebie.

KEIRA
Pandemia wcale się nie skończyła. Półżywa po zakażeniu koronawirusem, spłukana, bez jakichkolwiek perspektyw na legalne zatrudnienie czy opiekę medyczną kurierka walczy o każde uderzenie serca.
RITA
Po odparciu inwazji Termeszów świat zmienił się na zawsze – pozostały po nich nie tylko tajemnicze struktury Kopców. Kiedy w Des Moines dochodzi do masowych porwań małych dzieci, sprawę przejmuje inspektor Rita McGee. By namierzyć sprawców, nagina procedury i decyduje się skorzystać z pomocy soreniczki – osoby posługującej się technologią obcych.
TYANA
Dziewczyna w króliczej masce jest kurierką, najczęściej nielegalnie przekazuje informacje, sama będąc ich nośnikiem. Pewnego dnia podczas zlecenia odkrywa dziwne załamanie i podąża jego tropem. Czy każdą tajemnicę zawsze należy odkryć?
AMBER
Obszar Europa, 2121 rok. Amber mieszka na wyspie odciętej od świata po wielkim tsunami, które zatopiło pół Europy. Zdobycze współczesnej cywilizacji są tylko nic niewartymi artefaktami wyławianymi spod wody niczym cudowne skarby. Czy Amber pisane jest szczęście u boku Milana?
RUBBLE
Zakazany świat podziemnych gangów i wyścigów motocyklowych. Rubble, należąca do gangu Chimer, zaryzykuje wszystko, by wygrać Dobówkę. Wszczepi sobie nawet niedozwolony dopalacz, byle tylko stać się legendą.

"Ogień nie zabije smoka", James Hibberd, wydawnictwo W.A.B.

Oficjalna, nigdy nie opowiedziana historia epickiego serialu!

James Hibberd towarzyszył pracom nad "Grą o tron" od pierwszego klapsa do ostatniego i poznał wszelkie tajemnice tej produkcji – także te najmroczniejsze. W jego opowieści jest wszystko: początki serialu i jego zakończenie, smoki i wilkory, to, co wydarzyło się przed kamerami, i poza nimi, tryumfy i porażki, wyboje na drodze i wyjaśnienia, dlaczego podjętą taką, a nie inną decyzję. Mówi o aktorach, reżyserach, showrunnerach, producentach, dyrektorach, ba, nawet o mnie. "Ogień nie zabije smoka" to suma wszystkiego, czego chciałbyś się na ten temat dowiedzieć. Gra o tron była niesamowitym serialem, a "Ogień nie zabije smoka" jest niesamowitą książką”. - George R.R. Martin
Pierwsza oficjalna książka opowiadająca o największym hicie telewizyjnym XXI wieku – serialu Gra o Tron – napisana przez dziennikarza „Entertainment Weekly” Jamesa Hibberda i opublikowana przy wsparciu HBO.
W "Ogień nie zabije smoka" James Hibberd, dziennikarz „Entertainment Weekly”, przedstawia fascynujące kulisy serialu Gra o tron i historię jego powstania: od pierwszych spotkań zespołu kreatywnego, po nagranie scen bitew, aż po niesamowitą inscenizację finału. Zrealizowany na podstawie bestsellerowego cyklu powieściowego George’a R.R. Martina serial został nagrodzony aż 59 statuetkami Emmy i stał się światowym fenomenem.
James Hibberd, opierając się na ponad 50 wywiadach, nieznanych szerokiej publiczności zdjęciach i zakulisowych rozmowach z producentami, obsadą i całą ekipą serialu, przedstawia historię powstania największego show w historii. Show, dla którego noce zarywał ponoć sam Barack Obama…

"Wigilijne opowieści", antologia opowiadań. wydawnictwo W.A.B.

12 opowiadań i 12 przepisów na popisowe świąteczne dania znakomitych polskich autorów!

Ktoś zginie otruty barszczem wigilijnym, czyjaś paczka na święta zgubi sie w paczkomacie, ktoś upuści karpia na tory tramwajowe, ktoś się nieszczęśliwie zakocha, do kogoś w zastępstwie Mikołaja przyjdzie diabeł, a ktoś inny odkupi swoje winy bohaterskim czynem.
To wszystko w niesamowitym zbiorze wigilijnych opowieści okraszonych smakowitymi przepisami, powiązanymi z treścią opowiadań.
Emocjonujące historie na każdy dzień adwentu i Bożego Narodzenia.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Małe licho i lato z diabłem - zapowiedź



Cześć z wielką przyjemnością chciałbym poinformować Was iż drugiego września 2020 roku swoją premierę będzie mieć trzeci tom z serii o przygodach Małego Licha. A dla osób które nie miały jeszcze przyjemności poniżej wrzucam krótki opis książki.

Opis marketingowy:


„Seria Marty Kisiel jest jedną z najlepszych, jakie czytałem ostatnimi laty. Umiejętność stworzenia w sercu i umyśle czytelników tak niezwykłej atmosfery jest czymś wybitnym, rzekłbym, że wręcz magicznym. Do licha! Jakie to jest dobre!”

– Przemysław Staroń, Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020

Małe Licho i Bożek, świeżo upieczony absolwent klasy trzeciej, wyruszają na wakacje w samym środku lasu. Nie podejrzewają nawet, że Prawdziwa Wielka Przygoda przyjdzie wraz z letnią burzą, która wywróci ich plany do góry nogami. Na domiar złego pół chłopiec, pół widmo, pół glut musi zamienić czorta i anioła stróża na innego kompana, rodem ze swych najgorszych snów. Trochę śmieszna, a trochę straszna opowieść o przyjaźni, która potrafi wyrosnąć mimo największych przeciwieństw.

Bo w życiu najważniejsze jest dobre serce, a nie liczba rogów na łeb kwadratowy!




















FRAGMENT:

— Ja też chcę przeżyć przygodę — oznajmiło Licho od progu i na znak, że jest w tym pragnieniu niezmiernie stanowcze, wzięło się pod boki i zmarszczyło brwi.
Bożydar Antoni Jekiełłek znieruchomiał na schodach werandy i wybałuszył na anioła wielkie chabrowe oczy, ponieważ nic a nic z tego nie rozumiał. W ogóle.
Przed momentem wrócił ze szkoły, dumnie dzierżąc w garści świadectwo ukończenia klasy trzeciej. Znaczy, dzierżąc metaforycznie, czyli nie dosłownie, bo tak naprawdę to miał je w plecaku, razem z zawartością swojej szkolnej szafki. Tę zawartość pani kazała każdemu uczniowi wyciągnąć, odkleić lub zeskrobać i zabrać ze sobą do domu, a najlepiej od razu wyrzucić, zanim przed nastaniem jesieni sama wypełznie, zwoła posiłki i podbije jakiś kontynent. Jesienią ich sala — najlepsza na całym parterze, bo choć niezbyt wielka, to słoneczna i schowana aż za biblioteką przed czujnym radarem surowej wicedyrektor — na powrót miała się bowiem stać salą pierwszaków. Oni zaś, jako czwartoklasiści pełną gębą, przeniosą się na Piętro, do nowej sali, do całkiem nowego świata, którego Bożek w głębi ducha trochę się obawiał.
Ale nie dziś. Jeszcze nie. W ten ostatni czerwcowy piątek żadne z nich nie myślało o rewolucji, jaka ich czekała za dwa miesiące. Teraz w ogóle nie mieli do tego głowy! Dziś był dzień o zapachu słońca i beztroski, dzień powitania z latem i zarazem pożegnania — tego radosnego, z koleżankami i kolegami z klasy, z którymi niedługo znów się zobaczą, i tego smutniejszego, bo z panią, która przestawała być Ich Panią tak całkiem, na zawsze. Wyściskała ich, wytuliła i wygłaskała, pogroziła palcem ten ostatni, najostatniejszy raz, a potem zagoniła do szafkowych wykopalisk, kwitując co dziwniejsze znaleziska śmiechem albo okrzykami najszczerszej, prawie nieudawanej zgrozy.
W szafce Bożka na przykład, oprócz zapomnianych zeszytów, znalazły się zaschnięte farby w plastikowych pojemniczkach z zakrętką, nadkruszone gumki oraz ogryzki różnokolorowych kredek. Chłopiec zbierał je pieczołowicie dla Gucia, wziąwszy sobie do serca przysłowie, że kto zjada ostatki, ten piękny i gładki, a wszyscy wiedzieli, że im gładszy był Gucio, tym lepszy robił rozbryzg w wannie podczas wieczornych kąpieli. Były tam również trzy plastelinowe ludki oraz dwa ludki z kasztanów, które skleiły się nieodwracalnie w lepkiego zmutowanego ludkojeża, arkusze kolorowego papieru z dziurami w osobliwych, kanciastych kształtach, jojo bez sznurka, sznurek bez jojo, magnetyczny glut w metalowym puzderku, a także skórka od chleba z kanapki, chyba majowej, a może nawet kwietniowej, która cała już stwardniała oraz, co Bożka fascynowało najbardziej, panią zaś najbardziej zmroziło, porosła śmiesznym mięciusim kożuszkiem, jak gdyby w szkolnej szafce doskwierał jej chłód.
Wszystko to, razem ze świadectwem oraz książką, chłopiec przytaszczył do domu tego ostatniego dnia szkoły — a zarazem pierwszego dnia swoich pierwszych prawdziwych wakacji, które właśnie się rozpoczynały.
Plany miał na ten wspaniały czas wielkie, przeogromne wręcz.
Po pierwsze, zamierzał siedzieć do późna, najlepiej każdego wieczoru, i przeczytać wszystkie, ale to wszyściuteńkie zaległe książki, które piętrzyły się obok jego łóżka. Stos ów już trzy razy przewrócił się na Gucia, równie zafascynowanego, co zaskoczonego chybotliwością konstrukcji, zwłaszcza potraktowanej serią zamaszystych pacnięć. Cóż. Mały potwór nie od dziś ignorował co bardziej karkołomne koncepcje, których nie obejmował ani umysłem, ani macką, a grawitacja zdecydowanie była jedną z nich.
Po drugie (wskutek pierwszego), Bożek chciał wylegiwać się każdego ranka w pościeli i czytać dalej, rzecz jasna. A potem snuć się po domu w piżamie, z nieumytymi zębami i czupryną rozczochraną jeszcze bardziej niż zwykle, póki ktoś dorosły nie zauważy, że właściwie jeszcze chwila i będzie się musiał przebrać z tej piżamy… z powrotem w piżamę, żeby pójść spać, co w sumie pasowało do jego planów.
Po trzecie, postanowił precyzyjnie sprawdzić, ile czereśni pomieści człowiek typu dziecko, lat dziesięć (i pół), co jednakże wymagało dotrwania do kluczowego momentu, kiedy czereśnie dojrzeją, za to tuż przed tym, jak zainteresują się nimi szpaki i robaczki. Oraz różowe króliki. No i mama. Mama była zdolna pomieścić chyba wszystkie czereśnie świata (i jeszcze morele na dokładkę).
Po czwarte, gdyby śmiała koncepcja z piżamą całodobową nie wypaliła, Bożek planował sprawdzić, czy sięga już z czwartej gałęzi drzewa za domem do piątej albo nawet wyżej. To z kolei wymagało sporej dyskrecji, żeby dorośli nie zauważyli i nie zgłosili protestu, oraz asekuracji. Bo choć Gucio w grawitację nie wierzył, to grawitacja z pewnością wierzyła w Bożka, a on nie zamierzał się z nią kłócić.
Po piąte — i najważniejsze — musiał przysiąść w końcu fałdów nad Glutami w Podziemiach, grą bardzo przygodową, taką z fabułą, planszą, figurkami i takimi tam, nad którą pracował od kilku miesięcy. Znaczy, może tak nie do końca PRACOWAŁ. Najpierw przez trzy albo cztery tygodnie szukał tytułu idealnego i kiedy już mu się wydawało, że znalazł, przyszedł wujek Konrad i zaczął tłumaczyć, że nie ma takiego pudełka, na którym zmieściłoby się Bazyl Bazyleor, Mistszsz Szalbierstwa, i Złowrogie Gluty w Niezgłębionych Podziemiach Ciemności ze Stworami. Gra Rodzinna, i że „mistrz” pisze się jednak nieco krócej (między innymi). Ponieważ wujek znał się na tytułach, a do tego używał przykrych słów, takich jak PRZYDAWKA lub ALITERACJA, Bożek szybko pogodził się z cięciem i wykaligrafowawszy wersję skróconą na okładce zeszytu, przystąpił do spisywania fabuły. W tym samym czasie Licho z poświęceniem szykowało skomplikowaną trójwymiarową planszę z kartonu, osobistego pierza, rolek po papierowych ręcznikach i patyczków po lodach, wujaszek Turu zaś, jak zawsze nieoceniony, rzeźbił drewniane figurki bohaterów i średnio raz w tygodniu upewniał się, czy tytułowy heros aby na pewno ma być (tu zerkał do notatek) „taką fajną kozą wyposażoną w kilogram cukierków, patelnię i cymbałki”.
Po tych kilku miesiącach z wymiętolonego i zabazgrolonego zeszytu już prawie wyłaniał się pierwszy z siedemnastu scenariuszy Prawdziwej Podziemnej Przygody, wraz z zestawem dwustu pięciu Unikatowych Kart Przedmiotów i Zrządzeń Losu, z których powtarzała się zaledwie połowa. Licho wciąż tuptało po całym domu w poszukiwaniu kartonów, żeby dokleić i ozdobić kolejne piętra planszy, zanim różowe króliki znowu wtranżolą Lochy Lodowego Lamentu albo zostawią bobki w Pieczarze Przeklętej Paszczy, a wujaszek Turu nieustannie dopytywał, czy to na pewno mają być cymbałki, nie zaś, na przykład, Byczy Bęben Bojowy albo Gargantuiczny Gong Grozy. (I czy Bożek nie mógłby jednak zacząć przygody z projektowaniem gier planszowych od czegoś prostszego, jak bierki. Albo kapsle).
— Nie — odpowiadał twardo chłopiec, na co wujaszek wzdychał ciężko i wracał do rzeźbienia cymbałków, które zmieściłyby się w pudełku zapałek, i to razem z cymbalistą.
Krótko mówiąc, przez te dwa wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione miesiące wakacji Bożek zamierzał robić to wszystko, co jeszcze przed rokiem, zanim poszedł do szkoły, uważał za całkiem zwyczajne. Jasne, szkoła była dość fajna i koledzy też (z wyjątkiem tych, którzy nie byli), ale dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo mu brakowało tej niespiesznej i chaotycznej codzienności, wolnej od popędzających go ciągle wskazówek zegara. Sęk w tym, że żadnego z tych planów, choć arcyprzyjemnych, nie dało się nazwać przygodą przez dostatecznie duże Przy, żeby zaspokoić oczekiwania małego anioła w tym względzie.
— No bo wiesz — podjęło tymczasem Licho, uznawszy, że dość już manifestowania tej całej stanowczości, pora rozwinąć myśl. — Ty miałeś przygody, alleluja. Takie z emocjami i siniakami, i wyprawami, i w ogóle! A ja nie miałom ani jednej, ani w zaświatach, ani w podmiędzypiekle…
— Przednadpiekle — poprawił Bożek skrupulatnie.
— Tam też nie miałom! — zakrzyknęło Licho i tupnęło bamboszkiem dla większego wrażenia. — Nic nie miałom i nigdzie nie byłom, bo ty mnie nigdzie nie zabierasz!


I jeszcze taka malutka informacja na koniec. Ukazała się książka "Amerykańska antologia współczesnych opowiadań fantastycznych", wśród autorów którzy zostali wybrani jest Marta Kisiel. W poniższym linku macie więcej informacji:






sobota, 25 kwietnia 2020

Zapowiedzi maj 2020

Cześć, jako iż zbliża się maj a ja dawno już nie pisałem takich zapowiedzi postanowiłem pokazać wam dwie ciekawe pozycje ;)

Na pierwszy ogień idzie nowa seria Sarah J. Maas, wiecie na początku sądziłem, że jest to kolejny tom "Dworu Cierni i róż", na szczęście jest to coś nowego i szczerze to po opisie oraz fragmencie powieści jestem zaciekawiony.

Tytuł: Księżycowe Miasto. Dom Ziemi i Krwi cz.1
Autor: Sarah J. Maas
Tytuł oryginalny: Crescent City 1. House of Earth and Blood
Tłumacz: Marcin Mortka
Oprawa: miękka za skrzydełkami
Data premiery [tom 1]: 20 maja 2020 r.
Data premiery [tom 2]: 3 czerwca 2020 r.


Opis wydawcy:

Tom 1
Bryce Quinlan kocha swoje życie. W dzień pracuje w galerii z antykami, sprzedając nie do końca legalne magiczne artefakty, a nocą imprezuje razem z przyjaciółmi, delektując się każdą przyjemnością, jaką Lunathion, znane również jako Księżycowe Miasto, ma do zaoferowania. Gdy dochodzi do bezwzględnego morderstwa, wszystko zaczyna się rozpadać – również jej świat. Mimo że oskarżony ląduje za kratami, zbrodnie zaczynają się na nowo, a Bryce trafia w centrum dochodzenia. Zrobi wszystko, aby pomścić śmierć przyjaciół.

Tom 2
Bryce Quinlan w połowie jest człowiekiem, a w połowie Fae. Traci niemal wszystko, co kochała, gdy w Lunathionie pojawia się nieznany demon siejący spustoszenie. Upadły anioł Hunt Athalar otrzymuje od Gubernatora propozycję nie do odrzucenia – ma pomóc Bryce wytropić złoczyńcę. W zamian odzyska swoją wolność. Bryce i Hunt zagłębiają się w najskrytsze zakamarki miasta. Odkrywają mroczną siłę zagrażającą porządkowi wszechrzeczy oraz znajdują w sobie płomienną pasję, która może wyzwolić ich oboje, jeśli tylko jej na to pozwolą.

Fragment

Księżycowe Miasto
Dom Ziemi i Krwi
Część 1, Rozdział 1


Przed drzwiami galerii czekała wilczyca, co oznaczało, że był czwartek. To z kolei oznaczało, że Bryce była potwornie zmęczona, skoro ustalała upływ dni tygodnia na podstawie obecności lub nieobecności Daniki.
Ciężkie metalowe drzwi Griffin Antiquities zadrżały od uderzeń pięści wilczycy. Bryce dobrze znała te dłonie i wiedziała, że pomalowane na metaliczny fiolet paznokcie rozpaczliwie domagają się manicure. Chwilę później rozległ się ostry głos kobiecy, przytłumiony przez stal:
– Na Hel, otwieraj, B.! Ja pieprzę, jak tu gorąco!
Bryce, która siedziała przy biurku w skromnym salonie pokazowym galerii, uśmiechnęła się i wywołała obraz z kamer przed wejściem. Założywszy kosmyk czerwonych niczym wino włosów za szpiczasto zakończone ucho, powiedziała do interkomu:
– Czemu jesteś taka brudna! Wyglądasz, jakbyś przetrząsała kontener ze śmieciami!
– Co ty pierdzielisz? Że co niby robiłam? – Danika podskakiwała to na jednej nodze, to na drugiej. Jej czoło lśniło potem. Przetarła je brudną ręką, rozmazując krople czarnej cieczy.
– Przetrząsała. Zrozumiałabyś mnie, gdybyś kiedykolwiek wzięła książkę do ręki – powiedziała uśmiechnięta Bryce i wstała od biurka. Cieszyła się z przerwy w badaniach, które zapowiadały się nużąco.
Galeria nie miała okien, złożony system kamer stanowił jedyny sposób na sprawdzenie, kto stoi na zewnątrz. Dzięki dziedzictwu Fae Bryce dysponowała znakomitym słuchem, ale nie była w stanie usłyszeć wiele z tego, co się działo za żelaznymi drzwiami – poza waleniem pięściami. Nagie, pozbawione wszelkich dekoracji ściany z piaskowca kryły najnowszą technologię oraz znakomitą magię, która podtrzymywała działanie galerii oraz chroniła wiele książek przechowywanych w archiwum pod powierzchnią ziemi.
– Czy to Danika? – odezwał się kobiecy głos zza grubych na sześć cali drzwi do archiwum.
„Zupełnie jakbym przywołała ją samym myśleniem o piętrach pod moimi obcasami” – pomyślała Bryce.
– Tak, Lehabah. – Bryce położyła dłoń na klamce frontowych drzwi.
Wpojone w nią zaklęcia zadrżały pod jej dłonią i oplotły jej piegowatą, złocistą skórę niczym strużki dymu. Dziewczyna zacisnęła zęby i wytrzymała nieprzyjemne doznanie, do którego nadal nie mogła się przyzwyczaić, choć pracowała w galerii od roku.
– Jesiba nie lubi, gdy ona tu przychodzi – ostrzegła ją Lehabah, nadal zasłonięta pozornie prostymi drzwiami z metalu.
– To ty tego nie lubisz! – poprawiła ją Bryce i zmrużyła bursztynowe oczy, wpatrzona w drzwi do archiwum. Wiedziała, że po drugiej stronie unosi się niewielka ognista zjawa, podsłuchując, jak zawsze, gdy ktoś przychodził. – Lepiej wracaj do pracy.
Lehabah nie odpowiedziała, co oznaczało, że przypuszczalnie odpłynęła w dół, by strzec ksiąg na niższych piętrach.
Bryce wywróciła oczami i szarpnięciem otworzyła frontowe drzwi. W jej twarz uderzyło powietrze tak gorące i suche, że wręcz groziło wyssaniem z niej życia. A lato dopiero co się zaczęło.
Danika nie tylko wyglądała, jakby przetrząsnęła śmietnik, ale tak też śmierdziała. Kosmyki jej srebrzystych blond włosów, zazwyczaj prostych i jedwabistych, umykały z grubego, długiego warkocza. Pasemka ametystu, szafiru i różu upstrzone były plamami ciemnej, oleistej substancji, cuchnącej metalem i amoniakiem.
– Ale ty się grzebiesz – warknęła Danika i wkroczyła do galerii.
Miecz przytroczony do jej pleców podskakiwał z każdym krokiem. Warkocz wplótł się w starą, skórzaną rękojeść i gdy Danika zatrzymała się przed biurkiem, Bryce pozwoliła sobie go uwolnić. Chwilę później szczupłe palce Daniki odpięły rzemienie, którymi przymocowała broń do znoszonej kurtki motocyklowej.
– Muszę to zrzucić tu na kilka godzin – powiedziała i ruszyła z mieczem w ręku do kantorku, ukrytego za drewnianą ścianką działową.
Bryce oparła się o krawędź biurka i założyła ramiona na piersiach. Jej palce musnęły czarny materiał obcisłej sukienki.
– Twoja torba z rzeczami na siłownię wystarczająco już tam nasmrodziła – rzekła. – Jesiba wraca dziś po południu. Wywali twój bajzel do śmieci, jeśli się na niego natknie.
Było to chyba najmniejsze z zagrożeń, jakie czekało tego, kto sprowokuje Jesibę Rogę. Licząca sobie ponad czterysta lat czarodziejka przyszła na świat jako wiedźma, ale uciekła i wstąpiła do Domu Płomienia i Cienia, a obecnie odpowiadała jedynie przed samym Podziemnym Królem. Dom Płomienia i Cienia bardzo jej odpowiadał – opanowała arsenał czarów, dzięki czemu mogła stawić czoła każdemu czarodziejowi czy nekromancie w najmroczniejszym z Domów. Mówiono o niej, że doprowadzona do wściekłości zamieniała ludzi w zwierzęta. Bryce nigdy nie zdobyła się na to, by spytać, czy drobne zwierzęta żyjące w dziesiątkach akwariów i terrariów zawsze były zwierzętami. Starała się też nigdy nie wkurzać Jesiby, bo Wanom łatwo się było narazić. Nawet najmniej potężny z Wanów, grupy, do której zaliczały się wszystkie istoty żyjące na Midgardzie poza ludźmi i zwykłymi zwierzętami, mógł okazać się zabójczym przeciwnikiem.
– Później wszystko zabiorę – obiecała Danika i ruszyła w stronę wejścia do kantorka. Nacisnęła ukryty przycisk, by go otworzyć.
Bryce trzykrotnie ją ostrzegała, że kantorek salonu wystawowego nie jest jej osobistym schowkiem, ale Danika zawsze odpowiadała, że z galerii, leżącej w samym środku Starego Rynku, wszędzie ma bliżej niż z Nory wilków w Lunaborze. I na tym się kończyło.
Drzwi się otworzyły, a Danika zamachała dłonią na wysokości nosa.
– To moja torba zasmradza to miejsce? – spytała i czarnym butem popchnęła worek, w którym Bryce trzymała swój strój do tańca, obecnie wepchnięty między mopa i wiadro. – Kiedy ty, kurwa, ostatni raz prałaś te szmaty?
Bryce zmarszczyła nos, gdy i do niej dotarł smród starych butów i przepoconej odzieży. Rzeczywiście, dwa dni temu zapomniała zabrać trykot i rajstopy do domu po popołudniowym treningu, ale winę za to ponosiła Danika, która przesłała jej wiadomość wideo. Bryce ujrzała w niej stosik radochny na blacie kuchennym i usłyszała muzykę dudniącą z głośników. Podpis do filmiku nakazywał jej szybki powrót do domu, a Bryce nie wahała się ani chwili.
Wypaliły tyle radochny, że Bryce właściwie mogła nadal być na haju, gdy wczoraj rano wtoczyła się do pracy. Właściwie nie istniało żadne inne wyjaśnienie, dlaczego napisanie maila składającego się z dwóch zdań zajęło jej dziesięć minut. Litera po literze.
– Dobra, dobra – powiedziała. – Musimy o czymś pogadać.
Danika przestawiała przedmioty w schowku, by zrobić miejsce dla swoich rzeczy.
– Już cię przeprosiłam za zjedzenie reszty twoich klusek. Odkupię ci je dziś.
– Nie o to mi chodziło, ale skoro mi przypomniałaś, to ujmę to tak: wal się. Pozbawiłaś mnie lunchu.
Danika zachichotała.
– Chodzi o ten tatuaż! – poskarżyła się Bryce. – Boli, jakby mnie demon z Hel podrapał! Nie mogę się nawet oprzeć o krzesło!
– Tatuażysta ostrzegał, że będzie piekło przez parę dni! – odparła Danika śpiewnym głosem.
– Byłam tak nawalona, że zrobiłam błąd ortograficzny we własnym imieniu, gdy podpisywałyśmy papiery! Nie sądzisz chyba, że w moim stanie mogłam zrozumieć, co oznacza: „będzie piekło przez parę dni”.
Danika, która zafundowała sobie pasujący tatuaż na plecach, nie narzekała, bo jej już się zdążył zagoić. Jedną z przewag Wanów pełnej krwi była szybka regeneracja wszelakich obrażeń w porównaniu z ludźmi lub półludźmi jak Bryce.
Danika upchnęła miecz w bałaganie kantorka.
– Obiecuję, że wieczorem pomogę ci obłożyć plecy lodem. Daj mi tylko się tu wykąpać – poprosiła.
Nieraz się zdarzało, że wpadała do galerii, zwłaszcza w czwartki, kiedy jej poranny patrol kończył się kilka ulic dalej, ale jak dotąd nigdy nie korzystała z łazienki w podziemiach archiwum.
Bryce wskazała brud i smar na jej ciele.
– Co ty masz na sobie? – spytała.
Danika skrzywiła się, a plamy zasychające na jej skórze zaczęły pękać.
– Musiałam przerwać bójkę między satyrem a nocnym węszakiem – oznajmiła i obnażyła białe kły, patrząc na czarną substancję na dłoniach. – Zgadnij, który obrzygał mnie swoimi sokami.
Bryce parsknęła i wskazała jej drzwi do archiwum.
– Prysznic jest twój. W najniższej szufladzie znajdziesz czyste ubrania.
Danika położyła brudną dłoń na klamce drzwi. Zacisnęła zęby, a starszy tatuaż na jej karku – szczerzący kły, rogaty wilk, będący znakiem Watahy Diabłów – zadrżał z napięcia. Bryce, widząc nagle zesztywniałe plecy przyjaciółki, uświadomiła sobie, że powodem nie jest wysiłek. Zerknęła na kantorek, którego drzwi nadal stały otworem. Miecz Daniki, otoczony sławą nie tylko w mieście, ale także daleko poza jego granicami, stał wsparty o ścianę między miotłą a mopem. Jego starożytna, skórzana pochwa była niemal zasłonięta przez pełen kanister benzyny, używanej do uruchomienia elektrycznego generatora. Bryce często się zastanawiała, po co Jesibie starodawny generator, ale jej wątpliwości rozwiała awaria elektrowni brzaskowej w ubiegłym tygodniu. Po tym jak siadło zasilanie, stary spalinowy generator umożliwił funkcjonowanie mechanicznych zamków i zapobiegł splądrowaniu galerii, gdy bandy mętów z Mięsnego Rynku otoczyły budynek i rozpoczęły bombardowanie wejścia kontrzaklęciami. Ale…
Bryce zaczęła łączyć fakty. Miecz Daniki zostawiony w biurze. Danika, która musi się wykąpać. Sztywne plecy przyjaciółki.
– Masz spotkanie z Władcami?
Od chwili gdy się poznały pięć lat temu na pierwszym roku Uniwersytetu Księżycowego Miasta, Bryce na palcach jednej ręki mogła policzyć sytuacje, w których Danika została wezwana na spotkanie z siedmiorgiem na tyle ważnych osób, że musiała na tę okazję wziąć prysznic i się przebrać. Nawet podczas składania meldunków dziadkowi, Pierwszemu wśród valbarańskich Wilków, oraz Sabine, własnej matce, Danika zazwyczaj miała na sobie skórzaną kurtkę, dżinsy i jakiś T-shirt ze starym zespołem, który akurat nadawał się do założenia. Oczywiście Sabine, alfę Watahy Księżycowego Sierpa i przywódczynię oddziałów zmiennokształtnych w Siłach Porządkowych miasta, doprowadzało to do szału, ale z drugiej strony denerwowało ją dosłownie wszystko, co miało związek z jej córką oraz z Bryce. Nie miał znaczenia fakt, że Sabine od wieków była Dziedziczką Tytułu i po śmierci starzejącego się ojca miała przejąć jego stanowisko. Nie miało znaczenia również to, że Danika była oficjalnie jej następczynią. Sytuację zaogniły bowiem przekazywane szeptem plotki, że to Danika powinna zostać Dziedziczką Tytułu i wyprzedzić matkę w hierarchii. Co gorsza, stary wilk przekazał wnuczce swój stanowiący rodowe dziedzictwo miecz, choć wiele stuleci temu obiecał Sabine, że to ona odziedziczy go po jego śmierci. Starzec wytłumaczył nieoczekiwaną decyzję tym, że broń przemówiła do Daniki w dniu jej osiemnastych urodzin, wyjąc niczym wilk podczas pełni. Sabine nigdy nie zapomniała tego upokorzenia, tym bardziej że Danika nigdy się z mieczem nie rozstawała i chętnie z nim paradowała na oczach matki.
Teraz stała i wpatrywała się w głąb korytarza ze sklepionym sufitem. Kryte zielonym dywanem stopnie prowadziły do pomieszczeń pod galerią, gdzie spoczywał prawdziwy skarb tego miejsca, strzeżony dzień i noc przez Lehabah. Z tego właśnie powodu Danika, która studiowała historię na UKM, lubiła tu wpadać tak często i oglądać starożytne dzieła sztuki oraz księgi, choć Bryce nieustannie natrząsała się z jej czytelniczych zwyczajów.
Naraz Danika odwróciła się i przymknęła karmelowe oczy.
– Dziś wypuszczają Philipa Briggsa.
Bryce zamarła.
– Co?
– Wypuszczają go z powodu jakiejś cholernej przeszkody prawnej. Ktoś spartaczył robotę papierkową. Na spotkaniu mamy usłyszeć pełen raport. – Zacisnęła wąskie szczęki. Światło lamp brzaskowych nad schodami odbijało się od jej brudnych włosów.
– Ależ to popieprzone. – Bryce poczuła, jak przewraca jej się w żołądku.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Druga zapowiedź to kolejna przygoda w uniwersum Baśnioboru, wybaczcie ale na jej temat nie będę pisać ponieważ nie czytałem niczego z tego cyklu.


Tytuł: Smocza Straż 3. Pan Widmowej Wyspy
Autor: Brandon Mull
Tłumacz: Rafał Lisowski
Oprawa: miękka
Data premiery: 20.05.2020 r.








Opis wydawcy
„To nie będzie trudne. Wasza teleportacja do świata magii uda się natychmiast. Wiecie dlaczego? Ponieważ jesteście w posiadaniu najwspanialszej wyobraźni jaką znam. Podobną ma On, Brandon, który czeka na Was za plecami Smoczej Straży. To właśnie tam, na styku światów, rozegra się interesująca historia, której ważną częścią staniesz się Ty. Odwagi! I pamiętaj, byś nie musiał poświęcić własnej tożsamości. Tak jak Seth. Polubisz go na pewno. Bo to on pierwszy odnalazł odpowiedź na pytanie: Dlaczego ktoś kto niesie światło, zaczyna szukać cienia?”

Katarzyna Stoparczyk​ 

Seth Sorenson został pozbawiony pamięci i wszelkich wspomnień. Nie wie, kim jest, kim są istoty i ludzie, z którymi się spotyka, i kto mówi mu prawdę, a kto kłamie po to, by wykorzystać go do swoich celów. Nie pamięta, kim był.
Chłopiec trafia do Podziemnej Dziedziny. Jego opiekunem staje się mroczny jednorożec Ronodin, który stara się przekonać Setha do wykorzystywania swoich mocy, ale w celach, które ostatecznie szkodzą tym, których chłopiec kochał najbardziej.
Kendra robi wszystko, by odnaleźć brata. Zadanie to nie jest łatwe - musi walczyć o kolejny smoczy azyl, jednocześnie walcząc o brata i jego tożsamość. Zadanie wydaje się niezwykle trudne, ale czy niemożliwe? Czy zgodnie z życzeniem Celebranta, Króla Smoków, nastąpi nowa, wieczna era smoków? Czy Seth i Kendra zdołają się odnaleźć i wspólnie pokonać mroczne moce?


Fragment
Ronodin otworzył drzwi bez pukania.
– Podkról chce się z tobą zobaczyć.
Zaskoczony Seth podniósł wzrok znad biurka, na któ­rym właśnie wprawiał w ruch monetę. Ronodin zle­cił mu lekturę grubej księgi o widmach, co zapowiada­ło się nawet ciekawie, jednak potem Seth zderzył się z długaśnymi rozdziałami napisanymi archaicznym języ­kiem. Próbował przeskakiwać strony, ale i tak nie znalazł nic interesującego.
– Kim jest Podkról? – zapytał.
– Naszym gospodarzem. Zajmujemy teraz niewielką część jego siedliska. Nie czytasz.
– Próbowałem.
– Jak długo?
– Każda minuta ciągnęła się jak godzina. Ciesz się, że jesz­cze nie śpię.
Ronodin spojrzał na księgę, marszcząc czoło.
– Dotarcie do ciekawszych fragmentów zajmie ci pewnie trochę czasu.
– Może mi je streścisz? – poprosił Seth z nadzieją w głosie.
– Później. – Ronodin skrzyżował ręce na piersiach.
Był przystojnym młodym człowiekiem ubranym na czarno i zawsze sprawiał wrażenie pewnego siebie. Seth znał go od nie­dawna. Nie łączyła ich długa historia. W zasadzie Setha z nikim nie łączyła długa historia. Sięgał pamięcią nie dalej niż dzień wstecz, a jego pierwszym wspomnieniem była komnata w jakimś zamku i dziewczyna o imieniu Kendra, twierdząca, że jest jego siostrą. Wkrótce potem pojawił się Ronodin i parę innych osób, w tym magiczny krasnal. Odbyła się niezrozumiała dla Setha konfrontacja i chłopiec został teleportowany do innego zamku, gdzie złapała go wielka drewniana kukła. Następnie przetrans­portowała go przez beczkę do miejsca pod ziemią, w którym się teraz znajdował. Przebywał tu dopiero od kilku godzin.
– Ta sprawa z Podkrólem to może być poważny problem – mówił dalej Ronodin. – Miałem nadzieję, że nie będziesz się musiał z nim spotykać.
– Nie polubi mnie? – spytał Seth.
Ronodin uśmiechnął się pod nosem.
– Nawet więcej niż polubi. Będzie cię łaknął. Jest głodny wszystkich żywych istot, a szczególnie tych z mrocznymi mo­cami.
– To król podziemia?
– Król Podziemnej Dziedziny – wyjaśnił Ronodin poważ­nym tonem. – Włada wszystkimi nieumarłymi.
– Takimi jak zombi? I widma? – Seth znowu zerknął na czarną księgę. – Może trzeba było więcej poczytać…
– Jeśli coś powinno być martwe, ale nie jest, Podkról za­zwyczaj ma nad tym władzę. Przebywanie w jego obecności jest niezwykle niebezpieczne. Ja byłem do tego zmuszony tyl­ko pięć razy, a znam go od wieków.
– To dlaczego ja mam ryzykować?
– Prosił o ciebie.
– A gdybym po prostu się wymknął?
Ronodin westchnął.
– Przede wszystkim, to by się nam nie udało. Tu, w swojej domenie, Podkról ma olbrzymią moc. I już zwrócił na ciebie uwagę. Poza tym, potrzebujemy dostępu do jego tuneli. Pod­ziemna Dziedzina łączy się z twoim światem w wielu zaskaku­jących miejscach, a to ułatwia podróżowanie.
Seth wpatrywał się w Ronodina. Jak zareagować? Od czego w ogóle zacząć? Wyglądało na to, że jest zakładnikiem króla podziemi. A Ronodin? Czy był sprzymierzeńcem Setha, czy raczej porywaczem? Chłopiec westchnął. Może sam sobie za­służył na taki los. Nie mógł mieć pewności. Kimkolwiek był w czasach, których nie pamiętał, najwyraźniej wiódł intere­sujące życie.
– Nie patrz tak na mnie – powiedział Ronodin. – Czasami trzeba znieść trochę nieprzyjemności, żeby przetrwać. Bywa­łeś już w gorszych sytuacjach.
– Nie przypominam sobie.
– Nie pamiętać… Dla mnie to byłaby prawdziwa ulga. Za­cząć życie od nowa z czystym kontem, bez ciężaru dawnych pomyłek.
– Przecież mogę być kimkolwiek.
– Nie kimkolwiek – poprawił go Ronodin. – Jesteś zaklina­czem cieni. Władasz tajemną mocą. Umiesz rozmawiać z wid­mami i dławić ogień.
Seth wiedział, że naprawdę posiada te moce, ponieważ na­wet w tym krótkim czasie, który razem spędzili, Ronodin dał mu możliwość ich użycia. Podobno potrafiłby też mu pomóc w ich rozwinięciu.
– A ty jesteś jednorożcem? – spytał chłopiec.
– Pod ludzką postacią – odpowiedział Ronodin. – Nie każ Podkrólowi na siebie czekać. To mogłoby ci tylko zaszkodzić.
Seth próbował się uspokoić. Bez wspomnień trudno mu było zrozumieć swoje położenie. To, że musi się mierzyć z konsekwencjami, których nie rozumie, wydawało mu się nieuczciwe. Jak on się w to wszystko wpakował? Miał wraże­nie, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. W tym momencie najlepsze rozwiązanie to chyba dowiedzieć się jak najwięcej i spróbować przeżyć.
– Nie mam wyboru – stwierdził.
– W tej kwestii nie masz – przyznał Ronodin.
– Ja nie jestem złą osobą.
– Skąd wiesz?
– Po prostu to wiem.
– Ja też nie jestem. Ale obaj pochodzimy z zewnątrz.
– I mieszkamy w podziemnym siedlisku króla zombi?
– Jesteśmy tutaj gośćmi. Chodź za mną.
Ronodin wyszedł, nie oglądając się za siebie. Seth się zawahał, a potem ruszył za nim. Musiał podbiec, żeby go dogonić. Skoro spotkanie było nieuniknione, lepiej iść za radami jednorożca.
– Nie wolno ci patrzeć na Podkróla – poinstruował go Ro­nodin. – Spojrzeć na niego to dołączyć do nieumarłych.
– Zostałbym zombi?
– Albo i gorzej. Wejdziesz do komnaty plecami do króla. Będziesz miał zamknięte oczy. Nie otworzysz ich nawet na chwilę ani się do niego nie odwrócisz. Choćby nie wiem co. Zrozumiano?
– A jeśli mnie podejdzie?
– Przebywamy w jego domenie. Jeśli Podkról zapragnie twojej śmierci, to zginiesz. Jeśli zechce, abyś dołączył do nie­umarłych, niewiele będzie mogło go powstrzymać. Twoim za­daniem jest nie zrobić sobie niepotrzebnie krzywdy. Pamiętaj, nie patrz na niego.
– A jeśli użyję lustra?
– To zadziała co najwyżej w przypadku gorgony, ale nie Podkróla. Zamykasz oczy i stajesz tyłem.
– Nigdy go nie widziałeś?
– Gdybym go zobaczył, byłbym teraz nieumarły.
– A jeśli jego tam wcale nie ma? Może to same głośniki?
– Równie dobrze może być chomikiem. Albo potworem wielkim jak góra. Domyślam się, że z wyglądu przypomina swoich poddanych. Rządzi nimi, bo jest jednym z nich.
– Dlaczego chce mnie widzieć?
– Jesteś u niego gościem. I zaklinaczem cieni w czasach, kiedy taki dar stał się niezwykle rzadki. Ale poza tym nie umiem odgadnąć jego intencji.
– Czy jeśli wejdę tyłem, to nie wypadnę niegrzecznie?
– On wie, co trzeba zrobić, żeby z nim rozmawiać i pozostać przy życiu.
Skręcili za róg i ruszyli następnym podziemnym koryta­rzem. Seth próbował sobie wyobrazić, jak by to było stać się zombi albo widmem. Niedawno razem z Ronodinem spotkał
kilka widm – wydawały się nieszczęsnymi istotami, zimnymi i pustymi.
– Czy ja już kiedyś rozmawiałem z Podkrólem? – zapytał Seth.
– Nigdy – odparł Ronodin. – Niewielu miało tę okazję.
– Szkoda, że nie pamiętam, kim jestem.
– Może tak jest lepiej, przynajmniej z perspektywy naszych aktualnych celów. Będziesz dla niego większą zagadką. Zaufaj instynktowi. Nie jesteś taki, jak inni śmiertelnicy. Znasz pod­stawowe zasady rządzące światem magicznym.
– Wiem, że magiczne stworzenia istnieją naprawdę. Spo­tkanie z widmami wcale mnie nie zdziwiło. Tak ogólnie to pamiętam widma. To znaczy teoretycznie. Nie przypominam sobie tylko żadnych konkretnych wydarzeń. Nie mam w sto­sunku do nich żadnych uczuć. Mam trochę informacji, ale żadnych opinii na ich temat. Żadnych skojarzeń, na których mógłbym się oprzeć. Jak mogłem dożyć tego wieku, nic nie kojarząc?
– Seth, straciłeś pamięć. Jeśli wymazaniu uległy przy tym twoje opinie, zobacz, jakie to ma zalety. Z powodu założeń, ja­kie czynimy, często bywamy ślepi. Teraz masz szansę doświad­czyć świata nowymi oczami.
– Może i tak. Co jeszcze powinienem wiedzieć o Podkrólu?
– Im mniej wiesz, tym lepiej, zaufaj mi. Okaż szacunek. Bądź skromny. Bądź do bólu uczciwy. Nie idź na żadne nie­rozsądne układy. Gódź się na to, co konieczne. Nie patrz na niego.
– To trochę dziwaczne. Tak rozmawiać bez patrzenia.
– Podkról byłby ostatnim widokiem, który ujrzałbyś oczami śmiertelnika – ostrzegł Ronodin. – Troje spośród wielkich mo­narchów afiszuje się ze swoją potęgą: Król Smoków, Królowa Olbrzymów i Król Demonów. Królowa Wróżek i Podkról są subtelniejsi, a przez to bardziej niebezpieczni. Jeśli mogę ci do­radzić jakąś strategię, to bądź zadowolony. Niczego nie pragnij. O nic nie proś. Nieumarli są pełni nienasyconych pragnień. Podkrólowi jak mało komu zadowolenie wydaje się siłą.
– Czy pomoże mi odzyskać pamięć? – zapytał Seth.
Ronodin się zatrzymał.
– Co ci właśnie powiedziałem? Niczego nie pragnij.
– I właśnie dlatego zacząłem się zastanawiać, czego chcę.
– Odłóż te łaknienia na bok. Zamknij wszystkie swoje pragnienia na klucz i wyrzuć go. Zaprezentuj się jako młody zaklinacz cieni, któremu zaoferowałem nauki. Jesteś tutaj, żeby się u mnie szkolić. Nie pragniesz przyśpieszenia tej nauki. Ni­czego nie pragniesz. Jesteś najprostszym, najbardziej zadowo­lonym chłopcem na świecie.
– Spróbuję.
– Jeśli on się dowie, czego chcesz, znajdzie sposób, żeby cię skusić. Omamić. Usidlić. Zniszczyć.
– Chcę sobie przypomnieć, kim jestem – powiedział Seth – bez względu na to, czy to przed nim przyznam, czy nie.
– Postaraj się zmienić swoje myślenie na ten temat – pora­dził Ronodin i ruszył dalej korytarzem. – Od tego może zależeć twoje życie.
– Czy Podkról umie czytać w myślach?
– Prawdopodobnie. Ale wypowiedzenie myśli na głos do­daje im mocy. Czyni je bardziej rzeczywistymi. Wyrzeknij się w jego obecności wszystkich swoich pragnień, a może przeżyjesz.
– Myślisz, że dam radę?

Andrzej Pupin - Piętno Ciemności

Zacząłem tę powieść czytać w piątek 19 czerwca ale panujące upały sprawiły iż musiałem odłożyć ją na dzień kolejny. I mimo, że w sobotę 20 c...