Trailer - porównanie wersji

Cześć, dziś przychodzę do Was z opowiadaniem kategorii post-apo, ale nie takim zwykłym gdzie panują niegościnne pustkowia a człowiek jest niczym królik starający się przeżyć w otoczeniu dwudziestu lisów. No, ale zanim pokażę Wam opowiadania czuję się w obowiązku wyjaśnić jego tytuł. "Traile", albo bardziej po polsku "zwiastun" odnosił się do pewnego elementu z samego opowiadania a mianowicie jego pierwszej wersji którą napisałem podczas przerwy w szkole. Stworzyłem pierwszą wersję kilka lat przed maturą i była to jedna z pierwszych prób stworzenia czegoś większego niż niewielkie opowiadanie na dwie albo trzy strony A4.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rozdział 1: Prolog

Leżę na jakimś kamieniu, nad sobą widzę wysokie budynki z ich ścian wyrastają drzewa. Niektóre z budynków są zniszczone a ich gruzy leżą na ziemi nie ruszane przez nikogo. Patrzę w dół na swoje ręce, są pogryzione, ale to nie są ślady zwierząt, czy to możliwe że ludzie mnie pogryźli. Rozglądam się w około, jestem w jakimś parku i jestem sam. Nie w cieniu widzę jakiś ruch, ześlizguję się z platformy i idę w kierunku cienia, słyszę warkot a w błyszczących oczach widzę zwierzęcą dzikość. Nie opuszczam wzroku i staram się być silny, chyba się udało oczy zmieniły się teraz widać w nich strach i chęć ucieczki. Myślę sobie czemu nie ucieka, wystarczy tylko wyjść w cienia. Podchodzę bliżej kierowany ciekawością dostrzegam coraz więcej detali. Postać skulona ma na sobie kawałki ubrania a zgrubienia na rękach i nogach sugerują brak stosowania odzieży ochronnej, gdy wyciągnąłem rękę postać mnie ugryzła. Poczułem ból który rzucił mnie na kolana, czułem jakby mózg miał mi eksplodować a chwilę później wszystko znikło. Podniosłem głowę spojrzałem na postać, ta skorzystała z okazji gdy słońce skryło się za chmurami i kwiląc jak ranny pies uciekła wbiegając do najbliższego budynku. A ja posłuchałem wewnętrznego głosu i poszedłem w drugą stronę w kierunku wysokiego budynku z napisem „Koniec Świata”, kierowany zdziwieniem oraz ciekawością znaczenia napisu.

Rozdział 2: Budynek

Ostrożnie stawiając krok za krokiem nasłuchując jakichś innych dźwięków po za moimi, to ciche miasto jest straszne. Pomyśleć, że pamiętam jak po ulicy którą idę jechały samochody
trąbiąc na siebie, a po chodnikach chodziło tysiące ludzi. Gdzie oni teraz są? Mam nadzieję, że znajdę odpowiedź na to pytanie i na wiele innych, nagle usłyszałem dziki zwierzęcy ryk a później krzyk przerażenia dobiegał zza skrzyżowania. Podszedłem powolutku do końca budynku i wystawiłem fragment głowy, ale tylko taki aby zobaczyć co tam się dzieje. Zobaczyłem około piętnaście osób, biegli na czworaka jak psy lub wilki, gonili dwoje ludzi, mówiłem do siebie szybciej biegnijcie tu niedaleko jest słońce, na pewno uda się wam. Jeden z uciekających mężczyzna wyciągnął rękę do kobiety biegnącej za nim i rzucił ją przed siebie w pełne słońce ale sam został ugryziony w nogę przez jednego z napastników. Mężczyzna upadł na kolana zupełnie jak ja, nie wstał jednak. Jego skóra straciła kolor, podniósł głowę i popatrzył na kobietę, ta upadła na kolana i zaczęła płakać, ja wstrząśnięty tą sceną odwróciłem głowę i zauważyłem, że cień jest większy. Szybko zacząłem biec w stronę kobiety wciąż jeszcze płaczącą i w szoku złapałem za rękę i mocno ją trzymając oraz starając się być w słońcu dotarliśmy do wieżowca. Jako jedyny miał całe okna i zamknięte drzwi, podszedłem do nich, dziwna kobieta zachowywała się jak we śnie, zupełnie jakby nie była świadoma co się z nią dzieje. Pchnąłem drzwi, otworzyły się. Po wejściu do środka drzwi zatrzasnęły się a dwie postacie z maskami na twarzach je zabarykadowali. Nazwali nas Ocalonymi i powiedzieli, że możemy tu zostać do wschodu słońca ale nawet chmury dłużej.

Rozdział 3: Noc

Nie wiem czemu, ale nie mogłem zasnąć. Korzystając z okazji, że moja towarzyszka śpi postanowiłem wypytać mieszkańców tego budynku. Niestety mieszkańcy niezbyt lubią obcych a gdy pytałem kim oni są słyszałem tylko „Na jakim świecie ty żyłeś, że o nich nie wiesz”. Jednak mimo tej niezbyt miłej atmosfery udało mi się znaleźć trzy wersje ich początku na Ziemi. Pierwszą usłyszałem od człowieka który nazywał sam siebie księdzem. Mówił on, że są to anioły które zostały zesłane na ziemię przez Boga w celu oczyszczenia globu z grzesznych i przygotowanie jej dla ludzi czystej duszy i mocnej wiary. Drugą opowiedział mi doktor, mówił on że tamci to ludzie zarażeni wirusem który na samym początku miał być wykorzystywany w wojsku w celu szybkiej eliminacji wroga lecz mutował on tak szybko, że nie można było wymyślić na niego lekarstwa. Trzecia wersja przekazana była przez dziwną postać, a teraz gdy wspominam nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy, Nie wiem nawet czy to kobieta czy mężczyzna. Ta teoria jest najdziwniejsza ze wszystkich. Mówi ona o podziemnym laboratorium z którego wydostał się wirus wydobyty z meteorytu. Mówił on też, że wirus nie mutuje i można go zniszczyć wystarczy mieć odpowiedni sprzęt i czas. Każda następna teoria jest bardziej bzdurna od wcześniejszej, utknąłem. Spróbowałem
oczyścić myśli, nie myśleć o tych stworach. I wtedy doszła do mnie dziwna rzecz. Pamięć o tym jak wczoraj robiłem zakupy w wielkim centrum handlowym, zbliżają się święta a ja kupuję prezenty dla rodziny obiecując sobie, że następnym razem kupię je wcześniej. Nagle pośrodku centrum tuż obok jubilera gdzie kupiłem kolczyki zauważam tego stwora. Krzyczy, cały świat pęka jestem tylko ja i stwór który zaczął się kopiować. Stwory zaczynają uderzać w niewidzialną bramę. Hałas staje się coraz głośniejszy, nie wytrzymuję zatykam uszy i zamykam oczy gdy je otwieram jestem znowu w budynku, słyszę dźwięk uderzania o bramę podchodzę do niej gdy jeden ze strażników mówi „Nie zbliżaj się, nocni właśnie zaczęli kolejny atak. Spokojnie nie przedrą się”. Podszedłem do swojej towarzyszki usiadłem koło niej i spróbowałem się odprężyć.

Rozdział 4: Trop

Udało mi się spać przez godzinę i byłem całkowicie wypoczęty gdy strażnik podszedł do nas
i powiedział, że mamy pięć minut na wyjście. Gdy byliśmy przed drzwiami podszedł do nas
ksiądz wręczył mi zeszyt oraz słowa ‘’Jesteśmy osadą najbliżej centrum, idźcie główną do wyjścia a przed zachodem dojdziecie do kościoła. Oni mają wiedzę’’. Po tych słowach strażnicy wypchali nas zza drzwi i zamknęli je. Popatrzyliśmy w stronę centrum zdawało mi się jakby dochodził stamtąd jakiś śpiew, poczułem dotyk na ręce, spojrzałem na nią a potem na moją towarzyszkę która trzymając mnie za rękę po raz pierwszy wypowiedziała słowa ‘’gdzie idziesz, powinniśmy iść w przeciwną stronę’’. Odwróciłem się z trudem i poszedłem, im dalej byłem od parku ‘’Centrum’’, tym mój umysł działał sprawniej i bardziej logicznie. Trafiliśmy na most, jedyna droga prowadzi przez liny ponieważ część po której jeździły samochody już dawno spoczywa na dnie. Powoli, krok po kroku wsłuchując się w skrzypienie liny starając się jej nie nadwyrężać i nie rozhuśtywać. Po przejściu mostu zauważyliśmy coś co nas zaniepokoiło a jednocześnie zdziwiło, mianowicie czysta ulica i niezniszczone szyby. Gdy przechodziliśmy obok sklepu z ubranymi i całymi manekinami usłyszeliśmy za sobą głos. - Stać, coście za jedni. Nie obracać się.
- Jesteśmy wędrowcami, szukamy odpowiedzi w osadzie ‘’kościół’’.
- Macie szczęście, chodźcie z nami.
Odwróciliśmy się, zauważyliśmy trzy uzbrojone i opancerzone postacie. Podeszli do nas,
przeszukali gdy zamiast broni znaleźli zeszyt rzekli ‘’Mówicie prawdę’’, oddali go. Odeskortujemy was do najbezpieczniejszego miejsca na tym cmentarzu. Gdy dochodziliśmy do miasta na samym początku w oczy rzucił się wysoki mur. Przed bramą stało dwóch innych strażników całe szczęście przepuścili nas bez problemu, za bramą była kolejna tym razem mniejsza. Za bramą było pięć budynków i kościół a mianowicie katedra. Powiedziano nam, że tam dowiemy się czego chcemy, ale nie wejdziemy tam dopóki czegoś nie zjemy.

Rozdział 5: Jade Room

Mam na imię Jade i razem z Mike’em oraz ośmioma innymi osobami mieszkaliśmy w obozie w lesie który ktoś wcześniej zabezpieczył i opuścił. Zostawiając nawet oswojone zwierzęta jak i zapasy żywności. Potwory nie atakowały nas w obozie, nawet nie zbliżały się do niego. Nasza czwórka to znaczy ja, Mike, Sue oraz Vault wychodziliśmy z obozu w poszukiwaniu innych ludzi i sprowadzaliśmy ich tutaj. W krótkim czasie nasz obóz liczył tyle osób, że postanowiliśmy go rozbudować, poszerzyliśmy ogrodzenie aby było miejsce na nowe mieszkania, zagrody i pola owocowe. Żyło nam się spokojnie, ale ja i Mike nudziliśmy się tam dlatego postanowiliśmy opuścić obóz ’’Drzewniak’’. Trzeciej nocy po raz pierwszy spotkaliśmy jednego z nich, boże już zapomniałem jakie one są ohydne. Było skulone na ziemi i jadło coś z czarnej drogi. Zachowując bezpieczną odległość omijaliśmy stwora nie spuszczając z oczu ani na sekundę. Nagle stwór podniósł głowę i spojrzał na nas, oczy miał duże i czarne i takie zwierzęce z ust kapała krew, na ziemi obok potwora leżały kawałki szczura. Wyczuł nasze zapasy i zaczął biec na czworaka, niczym wilk. Nie myśląc wyciągnęłam pistolet i strzeliłam w stwora gdy ten skoczył na nas. Ciało wylądowało u naszych stóp, wyrzuciłam broń i tak nie miałam więcej amunicji. Huk strzału obudził więcej stworów, dlatego zaczęliśmy uciekać do najbliższego słonecznego miejsca. Zdjęliśmy plecaki aby biec szybciej i czymś je zająć. Odwróciłam się nadal biegnąc, sześć stworów zaczęło wyjadać nasze zapasy, dwa pobiły się o jakiś kawałek mięsa. Jednak nadal goniły nas. Nie dam rady, mój organizm stawał się coraz cięższy. Wtedy Mike podał mi dłoń i rzucił w światło. Ja odwróciłam się aby zobaczyć go, ale to co zobaczyłam sprawiło, że ode chciało mi się walczyć, byłam sama a jedyna osoba którą mogłam pokochać zmieniła się w potwora. Następnie poczułam dotyk na ręce, a może to tylko omam. Dałam się prowadzić temu nieznajomemu. Poszliśmy do Centrum, tam pokazał mi gdzie spać, podłoga w Drzewniaku mam łóżko, ale byłam tak zmęczona że od razu zasnęłam. Gdy następnego wschodu słońca wyszliśmy on zaczął iść w stronę terenu łowów, chwyciłam go za rękę i powiedziałam aby tam nie szedł a gdy popatrzył się na mnie przez chwilę widziałam oczy tych potworów, już po chwili zmieniły się i teraz były seledynowe. Poszliśmy do Kościoła tam zjedliśmy i udaliśmy się na rozmowę z mieszkańcami, mój towarzysz miał do nich pytania.

Rozdział 6: Kościół

Nazywam się Sarak i jestem członkiem rady miejskiej od strony religijnej. Oprócz mnie w radzie są jeszcze trzy osoby. Maak od strony handlowej, Kraal od mieszkańców i Mould od mieszkańców i żołnierzy. Jednak to mnie wybrano aby odpowiedzieć na pytania dwójki przybyłych. Gdy weszli do środka od razu rzuciło mi się w oczy, że oboje coś ukrywają. Kobieta szła powoli a w jej ruchach wyczuwało się żal i smutek jakby straciła kogoś bliskiego, mężczyzna natomiast rozglądał się po całym pomieszczeniu mamrocząc niezrozumiałe słowa. Poprowadziłem ich do niszy ukrytej za kotarą, był tam stolik i krzesła jak i jedzenie i picie. Usiedli po jednej stronie stołu na ja po drugiej, gdy mężczyzna spytał skąd pochodzą drakonisy, nazwał je stworami, zdziwiłem się myślałem, że nikt już nie szuka tej wiedzy. Zacząłem więc opowiadać. Wszystko zaczęło się dawno temu gdy ludzie władali ogromną siłą budowali wysokie budynki i w nich mieszkali, wierz lub nie ale nawet na szczycie tych budynków była woda. Część ludzi mieszkała pod ziemią inni pod wodą a nawet wysoko w niebie. W tych magicznych czasach w jednym z podziemnych mieszkań, tam gdzie mieszkali założyciele miasta z nieba przybył sygnał. Okazał się on instrukcją na stworzenie doskonałego człowieka, szybki, inteligentny, wytrzymały. Niestety podczas badań doszło do wybuchu i stworzony projekt uleciał do chmur. Spadał na ziemię podczas deszczu, nie zmieniał ludzi lecz zwierzęta wszystkie były agresywne i traciły futro, łuski, pióra. Atakowały każdego w pobliżu. Wtedy właśnie ludzie zmienili się w Drakonisy. Istoty które chronią się w cieniu i boją się wyjść na słońce. Gdy jeden z drakonisów wyszedł na słońce zapalił się. Oto cała historia. Gdy skończyłem opowiadać przypatrywałem im się, zawszę lubię patrzeć na zaskoczenie w oczach gdy dowiadują się po raz pierwszy jak powstały istoty. Dlatego reakcja kobiety nie zaskoczyła mnie, za to mężczyzna wyglądał inaczej chciał dostać się do podziemnego mieszkania i poszukać sposobu na wyleczenie istot. Myślałem, że sobie ze mnie żartuje ale wtedy powiedział, na ucho, mi coś co sprawiło, że zaufałem mu bezgranicznie. Powiedziałem aby zaczekali tu a ja omówię sprawę z radą ponieważ nie mogę wpuścić was do sarkofagu bez ochrony.

Rozdział 7: Tunel

Dziś mam razem z grupą ochotników mam przeprowadzić dwójkę obcych do sanktuarium oraz zapewnić im bezpieczny powrót. Powiedziałem swoim ludziom co im grozi i, że możemy nie wrócić stamtąd żywi. Aby nasza szansa zwiększyła się potrzebuję pięciu ochotników. Po wszystkim zgromadziliśmy się przed bramą i czekaliśmy na obcych. Przyszli dwadzieścia minut później, zdziwiło mnie że tylko kobieta miała broń ale nauczyłem się już nie mówić na głos własnych przemyśleń. Ustawieni przodem do bramy czekaliśmy aż się otworzą. Powoli przekroczyliśmy do cienia starając się oświetlać każdy jego kawałek latarkami przy lufach. Gdy brama za nami się zamknęła doszło do nas, że nie ma już odwrotu. Było cicho, bardzo cicho, słychać było tylko nasze kroki i oddechy. Ja liczyłem w myślach, jeszcze sześćset kroków, pięćset pięćdziesiąt. Jednocześnie szukając najmniejszego ruchu. Jest , doszliśmy do systemu kontroli, wpisałem hasło. Za włazem słychać było hałas a chwilę później oślepiło nas jasnoniebieskie światło.

Rozdział 8: Schron

Jak to możliwe, że w tym schronie nadal jest prąd. Może ma jakiś swój system, ale jeśli
tak ktoś musi je konserwować. To jedna z kolejnych zagadek. Inne to dlaczego mimo światła
ochrona przydzielona nam przez radnego nadal była czujna i sprawdzała każdy centymetr pomieszczenia z bronią w ręku. Osoba która wyglądała na dowódcę zamknęła właz do schronu po czym wysłała do następnego pomieszczenia dwóch ludzi i zwróciła się do nas.
- Pomieszczenie zabezpieczone. Co chcecie wiedzieć?
- Co znajduje się w tym kompleksie? – Spytałem, a kobieta podeszła do nas w milczeniu.
- Jesteśmy na poziomie zero, po za tym pomieszczeniem znajdują się jeszcze dwa. Stołówka z
kuchnią oraz dziwny pokój z dużą ilością krzeseł umieszczonymi przodem do białej ściany. Poniżej są jeszcze dwa poziomy, jeden z domami, oraz drugi z pomieszczeniem z różnymi buteleczkami i miksturami. Na tym poziomie znajduję się jeszcze pomieszczenie z wielkimi maszynami które są pod sam sufit. Gdzie idziemy.
- Na najniższy poziom, ale chciałbym jeszcze wcześniej przeszukać domy mieszkańców. Może dowiem się czegoś o nich. Po tych słowach dowódca zwrócił się do swoich ludzi a potem do nas.
- Uważajcie, mimo że jest tu jasno nie jesteśmy tu sami, wy musicie nas słuchać jeśli chcecie przeżyć.

Rozdział 9: Mieszkanie

Aby dojść do laboratorium musimy przejść przez musimy przejść przez strefę mieszkalną, aby się tam znaleźć musimy przejść schodami na niższy poziom. A następnie znaleźć schody do strefy naukowej. Pierwsza niespodzianka a zarazem informacja dla nas, że nie jesteśmy tu sami jest martwy człowiek, człowiek na półpiętrze. Moja towarzyszka natychmiast podeszła do ciała i przeszukała. Wzięła z ciała kartę z numerem: 158364 a pod spodem numerek piętnaście. Podszedłem do ciała przyklęknąłem zamknąłem mu oczy oraz przykryłem mu głowę kitlem naukowym po czym wstałem i udałem się w krok za moją towarzyszką. Trafiliśmy na korytarz pełen drzwi. Podeszliśmy do drzwi z numerem piętnastym i wpisaliśmy kod z tablicy. Drzwi otworzyły się moi towarzysze wystraszyli się tego i niepewnie weszli do środka, gdy wszyscy byliśmy w środku zamknąłem drzwi oraz zablokowałem je. Dzięki temu możne je otworzyć tylko z tej strony. W pomieszczeniu w którym się znajdowaliśmy była kanapa, stolik, dywan i szafa z książkami. Z tego pomieszczenia wchodziło się do dwóch innych w których było łóżko, szafka, biurko. Koło łóżka znajdowała się książka podniosłem ją. To dziennik mieszkańca tego miejsca, może dowiem się czegoś więcej.

Rozdział 10: Dziennik

Dzień pierwszy: Dzisiaj weszliśmy do schronu. Jest nas czterystu, naszym zadaniem jest przetrwać katastrofę. Schron jest samowystarczalny mamy własne źródło wody filtry powietrza i różne takie. Mam nadzieję, że stworzymy antidotum i rozpowszechnimy je zanim epidemia osiągnie skale globalną. Dzień trzydziesty szósty: Dzisiaj straciliśmy kolejne dwa obiekty. Muszę wysłać ekipę po kolejne okazy. Czasami mam myśli, że to wszystko nie ma sensu, że powinniśmy sami wstrzyknąć sobie wirusa i żyć na powierzchni jak zarażeni. Dzień sto czterdziesty czwarty: Udało się, przeciwciała są już w dwunastu naszych dzieciach. Teraz musimy je tylko dać w bezpiecznym miejscu. Tutaj nie jesteśmy bezpieczni już piątą noc do włazu dobijali się zarażeni, nie wiem jak nas odkryli ale na dziesięć zabezpieczeń padły już dwie. Chyba musimy skorzystać z wyjścia awaryjnego. Dzień sto czterdziesty piąty: Udało się zapędzić zarażonych w pułapkę. Niestety straciliśmy schron. Jeśli kiedyś ktoś to przeczyta niech zapamięta aby nie wchodzić do laboratorium gdyż właśnie tam uwięzieni są zarażeni. A jeśli czyta to któreś z dzieci, przepraszam was za wszystko co przeżyliście i co będziecie musieli zrobić.

Rozdział 11: Wspomnienia

Gdy skończyłem czytać dziennik wypuściłem go z ręki, lecz nie słyszałem ani nie widziałem jak spada i uderza w podłogę, miałem coś w rodzaju wizji. Jestem w przeźroczystym prostokątnym pudełku, rozglądam się po bokach. Są tam takie pudełka jak moje a w środku niemowlęta. Patrzę w górę, nade mną pielęgniarka, maska zasłania jej usta i nos. Wypowiada słowa. Tak ten się nada jest silniejszy od innych. Inna pielęgniarka podnosi mnie i zabiera do innego pomieszczenia. Kładą mnie na dużym łóżku, z ciekawością rozglądam się obok mnie w dużym prostokątnym pudle leży zarażony nie mogę oderwać od niego wzroku. Słyszę za sobą głos lekarza. Szczepionka numer czterysta osiemdziesiąt trzy gotowa do podania. Lekarka bierze od niego strzykawkę i podchodzi do zarażonego. Kładzie strzykawkę na jakiejś tacy na następnie wkłada je do dziur z rękawiczkami. Nie widzę co teraz robi, zasłania mi ale chyba wstrzykuje ją tej istocie. Serce postaci zaczyna zwalniać, istota otwiera oczy, są całe czarne. Na moich oczach zaczęły one jaśnieć widać było zarys tęczówki.
- Udało się, mamy antidotum. Teraz trudniejsza sprawa. – powiedział lekarz. – Musimy wstrzyknąć antidotum dzieciom aby uchronić je przed zarażonymi, a potem wsadzić je do maszyny i rozprzestrzenić je na cały świat.
- Nadal mam wątpliwości, a jeśli one tego nie przeżyją? – odparła pielęgniarka
- Na razie wstrzyknijmy antidotum, później zdecydujemy czy wsadzimy je teraz czy jak
będzie starsze. Po tych słowach lekarka podniosła drugą strzykawkę i podeszła do mnie. Ręce i nogi zapieli mi paskami na rzepy, w sumie nic dziwnego tak małe dziecko nie umie się nie ruszać. Wkłuwa się w żyłę na ręce zaczynam płakać pierwszy raz od kiedy mnie przyprowadzili. Gdy szczepionka zostaje wprowadzona czuję szczypanie. Pielęgniarka wyjmuje strzykawkę i nakleja mi plasterek żeby powstrzymać krwawienie. Następnie odpina mnie bierze na ręce i trzyma aż się uspokajam. Wtem rozlega się alarm. Do Sali wbiega jakiś mężczyzna ubrany w mundur z napisem ochrona i mówi, że zarażeni wdarli się na poziom pierwszy i zaraz będą w laboratorium i zaraz tu będą musimy uciekać. Tu kończy się wizja. Dlaczego to widziałem? Co to znaczy? Czy to ja byłem tym dzieckiem? A może to tylko wpływ dziennika? Muszę się dostać do laboratorium, może tam znajdę odpowiedzi.

Rozdział 12: Laboratorium

Odwróciłem się do moich współtowarzyszy, ci którzy nie zabezpieczali korytarza byli przy mnie trzymając i patrząc badawczo. Kobieta powiedziała, że oparłem się o biurko zacząłem trząść się a gdy mnie przetrzymywali krzyczałem, że to przeklęte miejsce i powinniśmy stąd jak najszybciej uciekać. Gdy to mówiła nie patrzyłem na jej twarz lecz przebiegałem wzrokiem po innych w ich oczach znalazłem potwierdzenie tych słów. Jesteśmy już blisko, powiedziałem, nie możemy się teraz poddać. Wyszliśmy z mieszkania i ustalonym szykiem udaliśmy się do schodów prowadzących na poziomy naukowe. Gdy byliśmy przed drzwiami zauważyliśmy barykadę oraz spaw na nich. Dowódca rozkazał swoim ludziom aby dali nam pistolety i po trzy magazynki. Gdy dostałem broń do ręki zaskoczył mnie jej ciężar, ale jednocześnie sposób w jaki przylegała do broni, instynktownie zacisnąłem dłoń na kolbie pistoletu. Druga ręka powędrowała do pierwszej, od tej pory posuwałem się na lekko tylko ugiętych kolanach i wyprostowanych i opuszczonych rękach, gotowy do natychmiastowego wycelowania i strzelania. Udało się drzwi są otwarte od razu doszedł nas intensywny zapach martwych rozkładających się ciał, jakieś dziesięć metrów za pierwszym zakrętem zobaczyliśmy jego źródło dziesiątki jeśli nie setki martwych zarażonych, część w większym niż inne stanie rozkładu. Czemu te tutaj nie zjadają swoich tak jak na powierzchni, może one są inne, nie wyglądają tak samo. Główna sala, mnóstwo urządzeń niektóre rozbite inne wyłączone. Mam nadzieję, że skoro światło działa to maszyny też. Idę jak w transie prawie na sam koniec sali, mijam rzędy mikroskopów, komputerów, różnych stworzeń w słoikach. Aż wreszcie staję przed maszyną która wygląda jak dwumetrowy zbiornik z jakąś konsolą obok. Zwracam się do zespołu.
- Muszę wejść do środka, widzę strach w oczach kobiety dziwne przecież nawet jej nie znam,
jeśli wszystko pójdzie dobrze pozbędę się zarażonych raz na zawsze. Potrzebuję jednak waszej pomocy ktoś z was musi stanąć przed terminalem i włączyć cały zabieg.
- Ja to zrobię. - powiedziała kobieta. Po czym przytuliła mnie i szepnęła mi na ucho –
Nazywam się Jade. Ja w zamian odpowiedziałem jej swoim imieniem. Wkroczyłem do zbiornika odwróciłem się tyłem i rozstawiłem ręce i nogi tak jak było wyrysowane. Mechanizm zadziałał, uruchomiły się paski dzięki którym nie zmienię pozycji. Spojrzałem na Jade a ona na mnie. Skinąłem głową, a ona uruchomiła proces.

Rozdział 13: Zabieg

W tym momencie igły wkłuły się s żyły na rękach i nogach. Dostałem jakiś płyn, jest gorący, pocę się i chce krzyczeć ale na ustach mam maskę. Z oczu idą łzy, cała moja krew gotuje się, z trudem utrzymuję przytomność. Igły wychodzą ale ja nie czuję tego moje ciało jest jak martwe jedyne nad czym mam władzę to czucie oraz ruchy oczu. Czuje lekkie ukłucie, a potem na rękach przyjemne ciepło a na nogach coś jakby odkurzacz. W tej chwili nie mogłem już powstrzymać narastającego zmęczenia i odpłynąłem. Jade odwróciła wzrok od szamoczącego się Iana i skupiła całą swoją wolę na ekranie wyświetlacza. Jakim cudem tak się do niego przywiązała w czasie tej krótkiej wędrówki. Czasami wydawało jej się, że znają się całe życie a innym razem że je całkiem obcy. Ale jedno wiedziała na pewno, zależy jej na nim. Konsola nagle wyświetliła zdanie.
- Lekarstwo alfaczternaściedelta pobrane. Proszę wybrać metodę aplikacji.
a) lokalna – tylko mieszkańcy kompleksu
b) globalna – cały świat
Jade nie zastanawiając się wybiera opcję numer dwa, w tym momencie słychać dźwięk,
dziewczyna patrzy jak jej ochrona rozpływa się w powietrzu a po chwili zapanowała ciemność. Chciała krzyczeć, ale zorientowała się, że nie ma ciała. Jest tylko jej wola i nic więcej. Dlaczego czy umarła, czy źle wybrała i wszystko zniszczyła. Przecież nie czuje bólu. Nie, nie umarła musi wierzyć, że żyje.

Rozdział 14: Łóżko

Leżę na miękkiej i ciepłej pościeli, w około panuje cisza jednak nie jest ona złowroga lecz kojąca i regenerująca. Przez chwilę delektuję się nią i pozwalam sobie na zapomnienie, chwytam ręką budzik. Czwarta, za godzinę do roboty, niechętnie wstaję z łóżka i udaje się w kierunku łazienki na poranny prysznic. Od razu lepiej, tak zimny prysznic to najlepsze co mogło mnie spotkać. Włączam wiadomości, włączam wodę na herbatę i przygotowując sobie drugie śniadanie słucham jak spikerka mówi z udawanymi emocjami, nigdy nie zdołali mnie na to nabrać, o wczorajszym ataku na wodociągi. Czas zalać herbatkę, biorę łyk ostrożnie aby się nie poparzyć. Wypuszczam kubek z dłoni, i chwytem się za głowę, co to za ból. Przestaje rozumieć co mówią w TV. Wynoś się mojej głowy. Stoję obok mężczyzny klęczącego na podłodze trzyma się rękami głowy, zmienia się, widziałem już taką metamorfozę. On zmienia się w zarażonego. Postać wstaje, spogląda na mnie, choć nie otwiera ust słyszę co mówi.
- Ty, kim jesteś. – Zdziwiło mnie to, ponieważ nie sądziłem że są inteligentne, ale postanowiłem zgrywać twardziela.
- Nie twój interes. – Odpowiedziałem
- Opowiedziałeś mi wszystko o sobie i swoim gatunku, a teraz giń. – Po ty słowach rzucił
się na mnie obnażając ostre zęby. Przewrócony na podłogę siłowałem się z osobnikiem. Całe szczęście nie jest silniejszy ode mnie. Wtem zarażony robi coś czego się po nim nie spodziewam, uderza mnie głową. Leżę na zimnej podłodze, całe ciało mnie boli, co się stało. Gdzie jestem, muszę otworzyć oczy, muszę zachować świadomość.

Rozdział 15: Nowy Dzień

Otwieram oczy, czuję ból, mrugam oczami jednocześnie usiłując wstać. Z trudem utrzymując równowagę opieram się o jakąś ławkę. Ławka, przecież w laboratorium nie było żadnej ławki. Drewniana, lakierowana, długa. Podnoszę głowę, za nimi jest kilka rzędów innych ław.
- Synu, co robisz. Katedrę otwieramy dla zwiedzających dopiero za godzinę.
Odwróciłem się, przede mną stał ksiądz zupełnie jak tamten który opowiadał nam o początkach epidemii oraz wskazał położenie tunelu. Dlaczego on mnie nie pamięta, może tylko ja wiem co się stało, co nam groziło. Nas, gdzie jest Jade, dlaczego jej tu nie ma?
- Gdzie jest moja towarzyszka!? – mówię, może trochę za bardzo podnosząc głos.
- Synu, nie wiem jak się tu dostałeś, ale na pewno byłeś tu sam, a teraz proszę cię grzecznie wyjdź. Nie pozostało mi nic innego jak pójście za księdzem do wyjścia, gdy drzwi się otworzyły uderzył mnie wszechogarniający hałas. Samochody, motocykle, samoloty, to wszystko działało. Gdy mój słuch przyzwyczaił się do nowej sytuacji wzrok zaczął dostrzegać ludzi, dziesiątki, setki istot. Ocaliłem ten świat, nie ocaliliśmy ten świat, ludzkość przed zezwierzęceniem ale za jaką cenę. Zostałem sam na świecie w którym każdy ma swoją drugą połowę.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ok, mam nadzieję, że nie zanudziłem Was tym "potworkiem", jak możecie zauważyć jest to bardzo miałkie i mimo pewnego elementu tak zwanego "czegoś ciekawego", trzeba mocno poszukać aby natrafić na choćby niewielki ślad. A teraz chce wam pokazać tekst który powstał jakieś cztery albo pięć lat po nim. Jest to próba przebudowania tego opowiadania. Jestem pewny, że ona również jest kiepska ale zamieszczam coś takiego byście zobaczyli pewien progres w warsztacie pisarskim.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wstęp

Mimo, że na początku to znaczy kiedy pisałem trailer nie myślałem o tym by go rozbudować, wszystko zmienił komentarz pewnej kobiety która go przeczytała. W komentarzu tym było, że chciałaby dowiedzieć się więcej o przeżyciach kilku bohaterów. Jako, że po przeczytaniu pomyślałem sobie czemu nie, mogę spróbować. Jak mi nie wyjdzie to najwyżej nigdzie tego nie opublikuję. Zacząłem pracę. W edycji rozszerzonej opiszę dokładniej losy bohaterów oraz postaram się przybliżyć wygląd zarażonych. Niektóre sceny które będą tutaj mogą być inne niż w podstawowej wersji, le to tylko dlatego, że ja sam się zmieniłem od czasu jego napisania. Wersja rozszerzona Trailera będzie emanowała językiem brutalnym oraz scenami których nie powinny obierać osoby poniżej osiemnastego roku życia. Zacząłem pisać 29-01-2013 roku

Rozdział 1: Ian Brooke

Nazywam się Ian Brooke i zostałem zdradzony przez swoich towarzyszy. Zdradzony i pozostawiony na ołtarzu ofiarnym na skraju ziemi zakazanej. Jakby tego było mało, przebili mi bok dzidą. Na szczęście, a może i nie, nie przebili żadnych organów. Wiem, że tu umrę pogodziłem się z tym. Kiedyś słyszałem od starszych, że w chwili śmierci całe życie przebiega przed oczami. To kłamstwo, ciekawe ile takich kłamstw jeszcze mi naopowiadali. Próbuje wstać z ołtarza ale mogę się podnieść tylko odrobinę, później kajdany które mam na rękach i nogach naprężają się i blokują dalsze ruchy. Odchylam głowę do tyłu, trochę za szybko bo uderzam o kamień i ból promieniuje teraz z dwóch miejsc. Jak to się stało, że skończyłem w tym miejscu. Wszystko zaczęło się o mojego dzieciństwa.

Rozdział 2: Ian Brooke

Dorastaliśmy razem od kiedy pamiętam. Ja, Kloe, Me, Sid i Fred. Razem zdobywaliśmy pożywienie, słuchaliśmy legend starszych, i staliśmy na warcie. Nasz obóz mieścił się w starym wysokim budynku. Założyciele obozu oczyścili cały budynek z zarażonych, zniszczyli dwa pierwsze piętra, i zbudowali drabinę po której schodzimy polować i przynosić wodę oraz drewno. Mimo, ciągłego strachu byliśmy weseli. Gdy już trochę dojrzeliśmy zauważyłem, że Kloe zaczyna się zmieniać. Ja też przy niej byłem inny, bardziej wesoły oraz bardziej skłonny do pokazywania swojej odwagi. Którejś nocy kiedy mieliśmy razem pilnować by zarażeni zbytnio nie zbliżali się do obozu. Była to jedna z zimniejszych nocy. To czas gdy noce były długie i zimne, a dnie krótkie i niezbyt przyjazne. Siedzieliśmy blisko siebie przy ognisku, tak blisko, że dotykaliśmy się ramionami. Kloe położyła mi głowę na ramieniu. Ja odruchowo przechyliłem głowę w jej stronę tak, że mój nos wylądował w jej włosach. Pachniały dymem, kwiatami i porannym słońcem. Wdychałem ten zapach z zamkniętymi oczami prosząc w duchu by ta chwila trwała jak najdłużej. Nagle bez żadnego ostrzeżenia Kloe obróciła się przodem do mnie i dotknęła swoimi ustami moje. Trwało to tylko kilka sekund ale z jej ust czułem ciepło jakby całe me ciało było z ognia. Gdy odsunęła się, spojrzała i w oczy tymi swoimi brązowymi wielkimi oczami. Wtedy znowu zbliżyliśmy się do siebie. Po tym wieczorze, braliśmy nocne zmiany przez cały czas długich nocy, tylko wtedy mogliśmy być razem. Ponieważ Kloe była przeznaczona dla Sida jako syna szefa osady. Ja jestem tylko człowiekiem bez przeszłości a przed nią całe życie. Kiedy dni zaczynały się robić dłuższe, nasza piątka wyruszyła jak co roku na poszukiwanie jakiegoś większego zwierza. Podczas jednego z takich polowań zastaje nas noc. Byliśmy na terenie zarażonych i zbliżała się pora kiedy wychodzili na żer. Postanowiliśmy przeczekać do rana w małym blaszanym budynku z jakimiś papierami. Wchodzimy do środka i barykadujemy drzwi wszystkim co tylko dało się pod nie przesunąć. Spojrzeliśmy na siebie i nasze zapasy. To co upolowaliśmy musieliśmy w całości oddać starszyźnie osady, dopiero oni rozdzielają jedzenie na wszystkich mieszkańców. My mamy swój prowiant. Cztery paski suszonego mięsa i dwie butelki wody. Rozdzielamy to równo między siebie i zjadamy. Gdy przychodzi pora picia ja oddaje swoją część wody Kloe, Sid patrzy w tym momencie na mnie jakoś dziwnie, dokładniej dziwniej niż zwykle. Zgłosiłem się na ochotnika do trzymania warty i tak nie mógłbym zasnąć słysząc za sobą kroki zarażonych. Całe szczęście, że nas nie widzą, ani nie słyszą. Może uda nam się przeżyć. To była nasza pierwsza noc na ziemi. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy następnego dnia wyszliśmy zauważyliśmy, że stado zarażonych kierowało się w stronę naszego obozu. Kiedy dotarliśmy na miejsce i wysłaliśmy sygnał nastąpiło pierwsze ze złych znaków. Cisza. Jako, że byłem najlepszy ze wspinaczki, wyszedłem na zewnątrz i postanowiłem wspiąć się na górę a potem zrzucić drabinkę reszcie. Gdy miałem się wspiąć Kloe podbiegła do mnie, pocałowała w policzek i szepnęła do ucha „uważaj na siebie”. Uśmiechnąłem się do niej i natchniony siłą jej pocałunku zacząłem wspinaczkę. Kiedy byłem już na górze ostrożnie zerknąłem przez dziurę w ścianie. To co ujrzałem sprawiło, że zakręciło mi się w głowie. Mieszkańcy osady, ludzie których znałem całe życie leżeli martwi, pogryzieni w nienaturalnych pozycjach. Nagle poczułem coś i usłyszałem cichy śpiew, zbliżyłem głowę do środka i natychmiast cały odskoczyłem do tyłu gdy zarażony wyskoczył na mnie. Kiedy spadałem na ziemie wyciągnąłem ręce i złapałem ten metalowy zakrzywiony pręt na który starszyzna mówiła latarnie. Tylko dzięki temu przeżyłem chociaż poczułem ból w rękach gdy część mego ciała chciała się zatrzymać a reszta spaść na ulicę. Kiedy zarażony upadł z trzaskiem łamanych kości na ulicę jego ciało po wpływem słońca zaczęło wydawać nieprzyjemny zapach zgnilizny. W tym czasie z budynku wybiegli moi przyjaciele. Akurat kiedy zeskakiwałem z latarni. Powiedziałem, że musimy się stąd wynosić, że wszyscy nie żyją. Sid który przez większość czasu mówił co mamy robić nie zgodził się na to. Mówił, że wyrzucimy zarażonych stamtąd ponieważ to nasz dom a potem on i Kloe zostaną członkami starszyzny i odtworzą osadę.
- jak chcesz odbić osadę? Jest nas tylko piątka. Po za tym nie mamy magicznej broni jak założyciele. A nawet ich było dwudziestu i dobrze o tym wiesz. Osada jest już stracona.
- Zamknij się. – krzyknął Sid – Zawsze chciałeś mi wszystko zabrać. Nie jesteś godny by żyć w nowej osadzie.
- Słucham? Jakiej nowej osadzie? Jeśli tam pójdziecie zginiecie. Kloe powiedz mu, on cię posłucha.
- Sid – zaczęła Kloe, ale on tylko uderzył ją pięścią w twarz tak, że upadła na ziemię.
- Ty sukinsynu, zabiję cię. – mówię i rzucam się na niego nie dopadam go jednak ponieważ dzida przeszywa mi bok i upadam na kolana. Patrzę na niego ze złością kiedy do mnie podchodzi.
- Już zbyt długo marnujesz nasze zasoby – mówi po czym czuję uderzenie z tyłu i tracę przytomność. Budzę się na ołtarzu ofiarnym przykuty łańcuchami. Światło mnie razi i boleśnie wbija się w oczy. Obracam głowę w bok. Stoi tam Sid z tym swoim chytrym uśmieszkiem. – Wypuść mnie. – mówię.
- A po co. Już dawno powinienem cię tu zakuć. – odpowiada – Gdy zajdzie słońce zarażeni przyjdą tu ucztować a my zajmiemy z powrotem naszą własność. Nasza osada będzie najlepsza, tylko godni będą mieli do niej wstęp. A w przyszłości zabijamy wszystkich zarażonych i cały świat będzie nasz.
- Jesteś szalony.
- Nie, jestem najlepszy, ale ty nigdy tego nie zrozumiesz. Żegnaj. – Odwraca się i kopię jakąś kupkę szmat na ziemi, dopiero po chwili dociera o mnie, że to Kloe. Wzbiera we mnie złość i bezsilność gdy widzę jak chwyta ją za włosy i ciągnie za sobą niczym worek. Szarpie się dopóki starcza mi sił krzycząc i przeklinając go. Obiecując mu zemstę i śmierć w męczarniach.
Tak oto wracamy o początku historii, niedługo zajdzie słońce a ja odliczam razem z nim swoje kończące się życie. Dziwne ale nie czuję strachu, nie o siebie. Potrafię myśleć tylko o Kloe i on tym co za potworności musi przeżywać.

Rozdział 3: Ian Brooke

Sońce zaszło a księżyca nie ma, słyszę wokół siebie kroki, przez moment myślę, że to Kloe uciekła od niego a teraz uwalnia mnie abyśmy razem uciekli, jednak kroków jest więcej. Dużo więcej. To zarażeni stają na około ołtarza obwąchując mnie. W tym momencie księżyc wychodzi zza chmur i widzę jak zarażeni otoczyli mnie. Pierwszy raz w życiu jestem tak blisko zarażonych. Ich skóra jest biała i błyszczy jak metal, większość jest łysa ale niektórzy mają gdzieniegdzie kępy włosów, ich ubrania są postrzępione u niektórych tak bardzo że praktycznie ich nie ma. Ich oczy nie są białe, są czerwone jak krew na środku mają pionowe żółte szparki z zielonymi błyszczącymi kreskami. W tym momencie moje ciało przeszył ból, jeden z zarażonych włożył palec w ranę następnie go wyciągnął i włoży do ust. Reszta zarażonych jakby na to czekała zaczęli robić to samo. Ból był nie do opisania krzyczałem, łkałem, szarpałem się. Straciłem przytomność nie wiem co było potem. Lecz gdy obudziłem się nie miałem na sobie kajdan, zostały tylko ślady po nich. Poruszyłem ręką w kierunku rany wyobrażając sobie ten ciepły i mokry dotyk krwi, lecz jakie było moje zdziwienie gdy nic takiego nie było. Kiedy odważyłem się spojrzeć zauważyłem tylko ślad po uderzeniu. Wyglądało prawie jak gdyby uderzono mnie kamieniem a nie ostrą dzidą. Kloe przypominam sobie, szybko się podnoszę, za szybko ponieważ upadam a cały świat wiruje mi przed oczami. W cieniu dostrzegam jakąś postać. Pachnie jak Kloe, powoli podchodzę o niej lecz ona cofa się przerażona.
- Kloe, to ja Ian. Nie bój się. Co oni ci zrobili? – Kloe nie odpowiada, podchodzę bliżej i już wiem dlaczego. Ma zasznurowane usta. – Kto ci to zrobił? Czekaj przetnę sznurek. – mówię i sięgam po swój największy skarb nóż którego mimo iż nigdy nie ostrzyłem i pomimo dość częstego użytkowania nadal jest ostry, i delikatnie przecinam wszystkie sznureczki. Kiedy przecinam ostatni Kloe otwiera usta, te bestie wyrwały jej język. – Kloe, czy oni są w osadzie – kiwnęła głową przecząco. – No więc gzie oni są? – pytam, starając się opanować wściekłość która we mnie drzemie. A ona łapie mnie za rękę z nożem wbija w swoją pierś, po czym osuwa się bez czucia na ziemie. Ja głaszczę ją delikatnie po włosach i patrzę jak jej cudowne brązowe oczy zachodzą mgłą. Robiąc to na jej osłonięty brzuch pają moje łzy. Dopiero teraz zauważam, że jest naga. Zdejmuję z siebie kurtkę i narzucam na nią. Po czym wstaję i mówię. Zawsze byłaś dobra mimo tego co ci uczynili nie chciałaś bym się na nich zemścił. Obiecuję ci, że od teraz będę postępować tylko tak jak ty byś tego chciała. Następnie kieruję się jakby w transie zupełnie jakby nogi same wiedziały gdzie iść . Kierowałem się wprost na największe budynki. Nie wiedziałem jak długo zajmie mi podróż, ale tak naprawdę nie obchodziło mnie to, nie obchodziło mnie też czy dojdę tam żywy, czy jest tam ktoś inny niż zarażeni. Całe życie straciło sens. Kiedy zachodziło słońce kierowany instynktem wszedłem na drzewo. Na samym jego szczycie przypiąłem się paskiem do drzewa i spróbowałem zasnąć. Widziałem Kloe, uśmiechniętą, szczęśliwą . Chcę o niej dojść ale ona oddala się ode mnie im szybciej biegnę tym ona jest dalej. Nagle widzę przed sobą twarz zarażonego budzę się i gdyby nie pasek przy gałęzi spałbym z drzewa. Powoli i ostrożnie wyglądam zza liści słońce już wzeszło. Czuję skręcenie w brzuchu, zrywam z drzewa owoc i zjadam go. Jest kwaśny ale przynajmniej zaspokoiłem część głodu a ponadto było tam dużo wody. Zerwałem jeszcze kilka owoców i wrzuciłem o kieszeni. Nie wiadomo kiedy będę miał okazję znowu znaleźć jedzenie. Po tym posiłku ruszyłem dałem w stronę wież. Szedłem tam jeszcze przez dwa dni, aż nareszcie wszedłem do tego co kiedyś było miastem. Wszedłem do niego przy zachodzie słońca. Szukałem miejsca gdzie można bezpiecznie przeczekać noc, jednak ni c takiego nie znalazłem. Wspiąłem się na latarnię przypiąłem się paskiem i starałem się mimo zmęczenia nie zasnąć. 
Gdy wschodziło słońce usłyszałem odgłos biegania. A później krzyk kobiecy. Podszedłem w miejsce z którego dobiegał krzyk. Na środku ulicy stała kobieta. Na początku sądziłem, że to Kloe ale to nie mogła być ona. Następnie zauważyłem w cieniu na chodnikach tłoczących się zarażonych. Podbiegłem do niej chwyciłem za rękę i pociągnąłem za sobą jak najdalej od zarażonych. Ta kobieta zachowywała się jak w transie, szła za mną a kiedy dałem jej owoc jadła tylko gdy wkładałem jej go do ust. Czasami zdawało mi się, że gdy na mnie patrzy ma ochotę uciec jakbym był jednym z zarażonych. Teraz poruszaliśmy się wolniej ponieważ musiałem mieć ją cały czas na oku żeby nie zrobiła sobie krzywdy.

Komentarze